2015/01/31

NOWOŚĆ: TheBalm Nude Dude


Zwykle nie piszę takich postów a może właśnie szkoda. Bo jak się z nimi budzę to pół blogosfery już o danym produkcie mówi. :) Dlatego dzisiaj eksperyment - przychodzę Wam pokazać absolutną nowość theBalm - drugą edycję palety neutrali - Nude Dude.12 odcieni nude o różnych wykończeniach - od matu przez satynę, po perłę i drobinki. Czy warto, mając Nude'tude już w kolekcji? Pokażę, a Wy oceńcie sami :) 


Jestem cieniową maniaczką, nie trzeba mi więc dużo, żeby ocenić czy z paletą będzie mi się pracowało dobrze czy źle. Jasne, czasem się zdarzy ocenić coś za szybko, dlatego między innymi za radą koleżanki (dzięki Paula!) odłożyłam na bok na chwilę inną nowość - paletę Chcolate Bar Too Faced; w pierwszych testach nie wypadła za dobrze więc chyba muszę do niej dojrzeć ale to temat na inny post. Tak czy siak w przypadku Nude Dude sprawy mają się nieco inaczej. 

O designie chyba nie trzeba mówić za dużo :D Mówi sam za siebie. Jeśli jesteście bogobojne, nie wpisujcie w google grafika hasła "Nude Dude" solo bo może być różnie, koniecznie dodajcie obok theBalm ;) Choć wizualnie paleta jest wielkości Nude'tude to cienie mają w sumie mniejszą pojemność (dla przypomnienia: NT: 11.08 g, ND: 9.6 g). Jednak mam moją Nude'tude już długo a cienie nadal są - nawet dziury w żadnym jeszcze nie zrobiłam. Sądzę, że ta nowa będzie równie wydajna. Do palety dołączono dwustronny pędzelek i przyznam, że podobnie jak w przypadku poprzedniczki tak i tu zdarzyło mi się użyć go (obu stron) przy malowaniu dolnej powieki - skośną ściętą nakładam delikatnie cień, tą grubszą delikatnie rozcieram, fajnie dochodzą pod rzęsy.


Jeśli chodzi o konsystencję mamy tu do czynienia ze "starym dobrym" theBalm. Matowy Feisty jest ciężki do zeswatchowania, ale nie ma z nim najmniejszych problemów kiedy użyjemy do nabrania go puchatego pędzla. Mam też wrażenie, że mat Friendly jest minimalnie bardziej suchy niż theBalmowy standard. Poza tym - bajeczka!


Pokażę Wam odcienie!

Górny rząd prezentuje się tak:


Fearless to satynowy beż, na skórze ledwie widoczny, ale cudownie rozświetla wewnętrzny kącik oka i luk brwiowy. Miękki, miły w dotyku. 
Flawless to delikatna matowa kawa z mlekiem, mięciutki i ładnie napigmentowany. 
Firm to delikatne ciepłe beżowe złoto. Pięknie błyszczące wykończenie, miękki i świetnie napigmentowany odcień.


Flirty to gwiazda palety chyba. Chłodny fiolet ze złotą perłą, taka chłodniejsza wersja Rose gold. Lilac gold.
Friendly jest matem, odrobinę lepiej współpracuje z pędzlem niż z palcami. Bakłażan, idealny w duecie ze złotem.
Fierce jest niby ciemną szarością, niemal grafitem jednak jest dość mocno usłany pięknymi szmaragdowymi drobinami. Jeszcze nie próbowałam go na powiece ale jestem ciekawa jak drobiny będą się zachowywały.


Dolny rząd z kolei to:


Fabulous to lekko żółte złoto. Piękny z niego rozświetlacz, będzie z pewnością często przeze mnie używany. W sumie wszystkie te błyskotki ze zdjęcia poniżej.
Faithful jest złoty, mocniej drobinowy, ale nadal aplikuje się bez problemu.
Fit to z kolei lekko zaróżowione szampańskie złoto. theBalm wie jak robić takie cienie! 


Feisty jest matowym odcieniem mauve. Ani za różowy, ani za fioletowy. Jest świetnym odcieniem przejściowym między mocnym akcentem na powiece ruchomej a delikatnym łukiem brwiowym, tak zwanym crease shade. 
Funny to ciepły odcień kasztana, z delikatną różową poświatą. Kremowy, miły, można budować jego pigmentację od mgiełki koloru po naprawdę nasyconą barwę.
Fine to ciemniejszy neutralny odcień, również masełkowaty, świetnie napigmentowany.


Pierwszy makijaż tą paletą nie mógł być inny: złoto z tym cudnym bakłażanem! Pod łukiem i w wewnętrznym kąciku Fearless, później Faithful, Flirty i na końcu Friendly.


Drugi szybki powstał dzisiaj i nadal mam go na oczach. Cienie nie zbierają się w załamaniu, nie bledną, nie znikają. Wybaczcie czerwoną spojówkę, zawsze jak się maluję to gdzieś coś się dostanie :/ Jest tu między innymi Funny jako główny cień na ruchomej powiece, w zewnętrznym kąciku lekko przyciemniony Fine, jako przejścia użyłam Feisty a całość rozjaśniłam Fabulous.



Ponieważ swatche Nude'tude robiłam wieki temu kalkulatorem, przy okazji postanowiłam je odświeżyć. A Wy będziecie mieli porównanie.

Nude' tude



Którą byście wybrali? A może macie już obie? Lubicie cienie theBalm? Podobają się Wam te neutrale?
Swoją nówkę sztukę kupiłam w mintishop - wysyłka błyskawica, cieszę się, że paleta szybko do mnie dotarła bo teraz mogłam szybko pokazać ją Wam! Marka theBalm dostępna jest również w wybranych Douglasach ale nie dajcie się skusić - ceny są tam sporo wyższe, nie wiem skąd oni je wzięli ale był to dla mnie niemały szok - Nude'tude kosztuje 149zł! :D

2015/01/28

L'Oreal Kod Młodości Blask - rozświetlacz w kremie


Do recenzji tego produktu zbieram się i zbieram już... dwa lata. Od dwóch i pół go używam, zużyłam kilka opakowań a kolejne aktualnie mam w zapasie. Już te dwa zdania wstępu zapewne mówią Wam wiele o tonie, w jakim ta recenzja będzie ale pozwólcie, że się rozpiszę :) Przede wszystkim, jeśli jesteście stałymi czytelnikami mojego bloga to wiecie, że z firmą L'Oreal jakoś nie do końca mi po drodze. Lubię niektóre ich produkty do ust, cienie Infallible i nie wiem czy to nie wszystko. Kusi mnie jeszcze fioletowy Volume Million Lashes So Couture... Do pielęgnacji tej firmy nigdy mnie specjalnie nie ciągnęło i nie bardzo umiem powiedzieć, dlaczego. Moja historia z kremem L'Oreal Kod Młodości Blask zaczęła się dość niewinnie - od rekomendacji znajomego, takiego, któremu ufam w tych kwestiach. Tym sposobem mogę Wam przedstawić moją opinię o tym produkcie bo po takim czasie wiem już o nim chyba wszystko :)

Producent obiecuje widoczne rezultaty - od razu świeżą i promienną skórę, po tygodniu przebarwienia mają stać się mniej widoczne a po miesiącu widocznie zredukowane. Od razu zaznaczam, w większość super obietnic i tak rzadko wierzę, więc i tutaj podeszłam sceptycznie. Czy któraś z obietnic się spełniła? O tym za chwilę.


Według mnie nie jest produkt typowo rozświetlający, taki w stylu M·A·C Strobe Cream. L'Oreal ma w swojej ofercie na półce z makijażem bazę Lumi Magique która nieco mocniej rozświetla. Ten krem traktuję bardziej jako poranny nawilżacz, bazę i produkt który delikatnie dba o kondycję mojej skóry.

Ma postać bardzo lekką, niemal wodnistą i delikatny jakby leciutko i prawie niewyczuwalnie cytrusowy zapach. Faktycznie w kropelce widać niby perłę ale na mojej skórze ona znika. Wspominałam o tym kremie w poście o ulubieńcach 2013 roku TUTAJ.  Pisałam wtedy, że używam go głównie pod minerały (wtedy jeszcze Lucy miała inną cudowną formułę, nie wiem co oni zrobili z tym podkładem, w którymś momencie po prostu przestał być dobry ale to temat na inny post). Niedługo po tym poście, kiedy skończyła mi się stara formuła Lucy przerzuciłam się z powrotem na podkłady w płynie. I nadal używałam tego kremu pod podkład. I praktycznie używam do dziś.



Uwielbiam stosować go rano bo daje wrażenie odświeżenia skóry, takiej przyjemnej rześkości. Na mojej twarzy bardzo dobrze się wchłania, praktycznie całkowicie a skóra jest dzięki niemu miękka i elastyczna. Nie jest lepki ani tłusty, dlatego doskonale sprawdza się u mnie pod makijaż. Nic nie spływa, nie ściera się w ciągu dnia. Mam cerę mieszaną w kierunku suchej jednak nie potrzebuję już na ten rozświetlacz żadnego kremu. Oczywiście, zdarza mi się używać innych kremów (jeśli mnie znacie nie powinno Was to dziwić) na zmianę z tym z L'Oreal. Jednak często po prostu do niego wracam.


Witamina C w nim zawarta działa na moją skórę kojąco, zmniejsza zaczerwienienia i delikatnie rozjaśnia, zwłaszcza blizny potrądzikowe. Krem ten nie powoduje wysypu na mojej twarzy, nie mam kaszki ani zatkanych porów. Nie podrażnił mnie. Z poważniejszymi przebarwieniami sobie nie radzi, wbrew zapewnieniom producenta i mimo długiego w moim przypadku czasu stosowania. Nie mam jednak o to żalu, w końcu to niedrogi produkt (można upolować już za 35-40zł) i na pewno wymagałby jakiegoś wsparcia w postaci kremu lub serum. Podejrzewam, że lepsze efekty można uzyskać stosując pozostałe kremy z tej serii ale ja się nie skusiłam bo efekt jaki daje Kod Młodości Blask mnie satysfakcjonuje. Dodam, że stosowałam go pod makijaż u wielu osób i żadna nie skarżyła się na jego działanie, zły wpływ na podkład itp.

Słoiczek jest wizualnie niezły, jest zaopatrzony w pompkę która świetnie wydziela ilość produktu - dwie porcje idealnie wystarczają na twarz i szyję. Co mnie wkurza? Niemożność podejrzenia ile jeszcze kremu zostało w opakowaniu. Znalazłam jednak sposób - zerwałam folię z wierzchu co dało mi podgląd na zawartość. Niedawno jednak L'Oreal zmienił szatę graficzną swoich kremów bo jeden z zapasu jest już w nowym opakowaniu. I ten nowy, obadałam już to, nie ma możliwości zerwania folii także - ruletka, a szkoda.


Przyznam się Wam, że to jeden z niewielu kremów, przy którym przy zmianie opakowań i chwilowym jego braku w sklepach miałam naprawdę stracha - co się dzieje? Zawsze staram się mieć zapas ale naprawdę ciężko byłoby mi go zastąpić. Znacie? Lubicie?

2015/01/23

Rzecz o blogowaniu...


Raz po raz przez blogosferę urodową przetacza się mniejszy lub większy (shit)storm. Niestety, taka chyba specyfika miejsca, gdzie większością są kobiety. Powiedzcie mi, że tego nie widzicie? ;) Jestem z natury dość emocjonalną osobą i wiele spraw nie spływa po mnie jak po przysłowiowej kaczce. Może aż tutaj tak tego nie widać, jednak na bloga chyba nigdy nie przekładamy siebie w 100%. Przynajmniej ja uważam, że jest to dla mnie odskocznia od codziennego życia, coś relaksującego. Coś, co mogę przemyśleć, zredagować, ochłonąć, zredagować ponownie... 

Chyba jeszcze nigdy na moim blogu nie było posta o współpracach, o tym co ja o nich uważam, kiedy huczało w środowisku. Bo to co uważam jest moją sprawą i zawsze wychodziłam z założenia, że mój blog to moje podwórko. Jeśli Czytelnicy przychodzą do mnie, komentują, są stałą częścią tej mojej wirtualnej (i czasem mniej wirtualnej) rzeczywistości, to znaczy, że to co robię jest ok. Oczywiście - nigdy nie jest tak, że dogodzi się wszystkim bez wyjątku. Z tym jako niemal trzydziestolatka już dawno zdążyłam się pogodzić. Za długo żyję, za bardzo sobie cenię siebie samą żeby żyć pod dyktando innych ludzi. I znowu - oczywiście - wszelkie komentarze, uwagi, konstruktywna krytyka - zawsze są mile widziane, zawsze dają do myślenia, zawsze motywują.Tu nie o to mi chodzi, kiedy mówię o zdrowym egoizmie.

Dlaczego o tym piszę? W zasadzie przez lata mojego blogowania sporo było takich sytuacji, najczęściej wkoło "kontrowersyjnych" współprac ale jak się okazuje nie tylko. Co się ludziom czasem nie podoba? Ano, na przykład jeżdżenie na spotkania / zloty / eventy. Lub też styl prowadzenia bloga. Lub wybór publikowanych przez autora treści. I czasem człowiek już nie wie co robić, jak zadowolić publiczność, czytelników, obserwatorów a także, lub przede wszystkim siebie.

Powiem Wam coś. Bloga zaczęłam pisać dawno temu, bardziej dla siebie niż dla innych. Dla siebie i wąskiej grupy osób o podobnych do moich zainteresowaniach. Zaczęłam go pisać, kiedy nie zakładało się blogów "bo współprace". Kiedy nadrzędnym celem blogowania było podzielenie się swoją opinią o produkcie. Dzisiaj, po prawie pięciu latach blogosfera się zmieniła. Niekoniecznie na lepsze, czasem tak, ale czasem też na gorsze. Oczywiście nadal powstają ciekawe blogi, nadal są tu ludzie z pasją - to widać. Ta pasja nas rozwija. Myślimy jak ulepszyć notkę, jak robić lepsze zdjęcia, jak ma nasz blog wyglądać, żeby było miło i estetycznie. Ja z blogowania wynoszę codziennie mnóstwo nowych doświadczeń i umiejętności. Ciągle się uczę i o to chodzi. A do tego poznaję fantastycznych ludzi z ogromnym kręćkiem na punkcie tego co robią i zaangażowaniem. Ale niestety są także sytuacje mało sympatyczne - ot jak to w życiu bywa.

Ostatnio często się spotykam z różnymi stwierdzeniami, co do których niestety w moim odczuciu nie mogę się zgodzić.  Wybrałam trzy, które najbardziej mnie irytują.

1.  Jak autorka na blogu pisze tylko pozytywne recenzje to jest nierzetelna / sprzedała się / boi się napisać prawdę. 
Jeszcze raz powiem, mój blog to moje podwórko. Każdy prowadzi swojego bloga po swojemu. Jedni piszą genialne przepełnione sarkazmem i uroczą uszczypliwością negatywne recenzje, przy których można się uśmiać, a które jednocześnie są ciekawymi materiałami. Uwielbiam takie czytać, zwłaszcza u ludzi, którzy robią to dobrze. To, że u mnie na blogu negatywnych recenzji jest jak na lekarstwo to jest MÓJ WYBÓR. Życie jest różne, czasem bardziej kolorowe, czasem mniej, nie chcę aby mój blog był kolejnym negatywem w moim życiu. To mój relaks. Poza tym w tematyce kosmetyków siedzę od kilku lat i coraz rzadziej zdarzają mi się słabe zakupy. Dodatkowo, przy tej ilości kosmetyków jaką kupuję i tych niewielu które dostaję nie sposób pokazać wszystkie, dlatego przeprowadzam z konieczności selekcję produktów, które trafią na bloga. Nie należę także do osób, które rozpaczają bo trafił się im kosmetyk, który im nie pasuje. Trudno. Ja nie będę na nim wieszać psów, bo może to jakiś składnik, którego akurat ja nie toleruję a pozostałe użytkowniczki tolerują świetnie? Może to działa tak kiepsko u mnie? Również nigdy nie sugeruję nic w stronę odwrotną. Zawsze podkreślam, że akurat dany świetny kosmetyk jest świetny u mnie co nie znaczy, że musi być uniwersalnie cudowny i fantastyczny bo nie oszukujmy się, takich produktów NIE MA. I nie boję się pisać prawdy. To, że mam w swoim zbiorze ponad 100 szminek M·A·C (z czego, jasne kilka dostałam w ramach naszej współpracy) to nie dlatego, że marka taka popularna, trzeba mieć bo nie wypada nie mieć, a tak naprawdę to są kiepskie i wysuszają moje usta nie trzymają się itp. NIE. Mam je, bo U MNIE sprawdzają się wyśmienicie. I nigdy, zaznaczam, nigdy nie wydawałam moich ciężko zarobionych pieniędzy na produkty tylko dlatego, że jest na nie parcie w internecie. Piszę pozytywne recenzje, z którymi KAŻDY ma prawo się zgodzić lub nie. Ale to nie znaczy, że jeśli Tobie nie pasuje jakiś produkt a mi pasuje to jedno z nas kłamie w żywe oczy. Dlatego informuję gdyby ktoś się jeszcze zastanawiał. Moim zdaniem (a także zdaniem wielu osób, z którymi na co dzień mam kontakt i z którymi o różnych sprawach rozmawiam) w blogosferze nie ma czegoś takiego jak "zmowa milczenia". Mało kto decyduje się szantażować blogerki a akcje pt "wyślemy Ci produkt a Ty napisz dobrze bo jak nie to będziesz musiała nam go oddać /zwrócić kasę albo będziemy Cię sądzić" są nagłaśniane i mało która szanująca się blogerka na taki układ idzie. Każdy pisze co uważa za stosowne i firmy są tego coraz bardziej świadome. 

2. Jak ktoś współpracuje to na pewno jest nierzetelny bo przecież darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby. 
Przyznam szczerze, że za każdym razem kiedy to czytam mam wrażenie, że nie do końca nadaję  na tych samych falach z autorem takich twierdzeń. Zawsze recenzując produkt pochodzący ze współpracy podchodzę do niego tak jak do produktu, który sama bym sobie kupiła. Nie korzystam ze współprac, gdzie oferuje mi się kosmetyki w ciemno - zawsze pytam, czy produkt do testów będę mogła sobie wybrać. Dlatego wybierając po części ponoszę za mój wybór odpowiedzialność. Zawsze staram się być jak najbardziej obiektywna w mojej jednak bądź co bądź subiektywnej opinii. Tak naprawdę, żeby opisać produkt OBIEKTYWNIE należałoby przeprowadzić badanie, na losowej grupie osób, poddać je analizie statystycznej i wtedy pisać. Wszystko na blogu to moja opinia. I jeśli nawet produkt (czy to pochodzący ze współpracy czy kupiony przeze mnie) na mnie się nie sprawdził to staram się wynaleźć w nim pozytywy, brać pod uwagę, że pewnie nie każdy ma taką skórę jak ja czy lubi takie odcienie jak ja. Ile nas tyle oczekiwań. KAŻDY produkt traktuję tak samo i otwarcie piszę o tym firmom, które proponują mi współpracę. A już zarzucanie niektórym firmom, że cokolwiek wymuszają na blogerkach jest zarzutem dla mnie dość zabawnym kiedy nie zna się tak naprawdę warunków współpracy.

3. Ostatnią rzeczą z jaką się spotykam jest zarzucanie blogerkom nieoznaczania współprac.
W tej kwestii dodam, że blogosfera, zwłaszcza nasza działka, jest w tym temacie podzielona po równo. Jedne osoby uważają, że nieoznaczanie postów jako te o kosmetykach pochodzących ze współpracy barterowej to wprowadzanie Czytelników w błąd. Inne zaś, że to nie ma znaczenia, bo recenzja to recenzja i robisz najlepszą robotę na jaką Cię stać, nieważne czy to kupiłaś czy dostałaś. Moje zdanie zapewne znacie. Nie oznaczam postów jako pochodzące ze współpracy / kupione przeze mnie. Uważam, że to miecz obosieczny. Związane jest to z podejściem jakie sporo ludzi prezentuje, a które przedstawiłam w punkcie powyżej. Skoro dostałaś coś "za free" (zawsze mnie to śmieszy, za free to raz dostałam Colę na rondzie Kaponiera jak studiowałam) to z góry zakładam, że Twoja recenzja będzie nierzetelna bo przecież - patrz pkt. 2 - i nie traktuję jej poważnie. Poza tym wierzę, że moi Czytelnicy są inteligentni, nie łykają wszystkiego co mają podane (nawet u mnie) jak pelikany tylko mają coś takiego jak własne zdanie. I powiem to. Cieszę się, że bywam opiniotwórcza, ale proszę Was, nie wyrabiajcie sobie własnej opinii o kosmetyku TYLKO na podstawie mojej recenzji. Nie piszcie "o jak u Ciebie się nie sprawdziło to ja nie kupuję" albo "o takie cuda, na pewno i mi się spodoba". Googlajcie, szukajcie, porównujcie. A jak stwierdzicie, że warto zaryzykować to KUPUJCIE i TESTUJCIE sami. Bo znów sprowadza się sprawa do tego, że to, że mi coś pasuje to naprawdę nie znaczy, że i Wam będzie. Ostatnią rzeczą, jaką bym chciała to usłyszeć czyjeś wyrzuty "A przecież polecałaś, że takie dobre pisałaś a ja kupiłam i co - no nie pasuje! Jak mogłaś mnie okłamać" ;)

Zauważyłam ostatnio taką tendencję w naszym narodzie (nie tylko w blogosferze), że ludzie uzurpują sobie prawo do jedynej i słusznej prawdy. Pół biedy, jeśli robią to na swoim podwórku - nikt mnie nie zmusza, bym na cudze podwórka chodziła więc jeśli mi się coś gdzieś nie do końca widzi - nie odwiedzam. Jest to prosta zasada, której przestrzeganie w życiu, na co dzień już wystarczająco stresującym, jest nam w stanie oszczędzić wiele rozczarowań i nerwów. Ufam, że moi Czytelnicy są ze mną nie dlatego, że od czasu do czasu zorganizuje fajny konkurs czy rozdanie. Mam nadzieję, że czytają mnie bo wiedzą, że moja opinia jest prawdziwa. Od serca. Bez ściemy.

Owszem, dla zastanawiających się, przemyślenia wywołał post umieszczony przedwczoraj przez jedną z moich blogowych koleżanek, a w zasadzie nie tyle post co komentarze i żywa dyskusja w nich zawarta. Ale to było tylko jakby punktem zapalnym, startem. A potem jak to z myślami bywa, ruszyła lawina. Pomyślałam, że z jednej strony nie przepadam za takimi postami jak ten który teraz czytacie i wywlekaniem tej mniej przyjemnej strony blogowania na światło dzienne. Z drugiej jednak przez 5 lat milczałam w tej kwestii. Raz na jakiś czas pewnie można się pokusić o komentarz? A zależy mi, żeby zwłaszcza osoby które mnie czytają i lubią mojego bloga dostały ode mnie jasny komunikat: na pierwszym miejscu stawiam szczerość z Wami.

2015/01/20

M·A·C Hity Bez Limitu: Róż mineralny Warm Soul


Dzisiaj przybywam do Was z postem o chyba jednym z moich ukochanych róży do policzków w historii. Słowem wstępu, róż to dla mnie nieodłączny element makijażu. Lubię go u siebie, lubię kiedy maluję inne kobiety, zwłaszcza te 40-50+ i po dodaniu różu do policzków nagle widzimy twarz młodszą o co najmniej 5 lat, z cudownym efektem liftingu i odświeżenia. Kto tego nie lubi? :)
 
Nad wyborem bohatera tego posta nie myślałam długo. Zapytana o ulubiony M·A·Cowy róż do policzków, bez wahania wymieniam ten mineralny. Oczywiście - bardzo lubię również zwykłe niemineralne pudrowe róże i na pewno przedstawię Wam w tym cyklu jedne z tych NAJ, ale gdybym z całej oferty miała wybrać TEN JEDYNY to zdecydowanie byłby to Warm Soul. To pierwszy mineralny róż M·A·C jaki kupiłam, po nim oczywiście były kolejne - cudowny dziewczęcy Dainty czy lekko chłodnawy Gentle ale to do Warm Soul zawsze wracam i po niego sięgam kiedy mam różowy dylemat do rozgryzienia.

Róż ma odcień ciepłej złotej brzoskwini i jest usiany złotym delikatnym shimmerem. Celowo nie piszę o tym "drobinki" bo moim zdaniem drobiny to coś innego, bardziej brokatowego a tutaj tego nie mamy. Róż daje bardzo świetlisty satynowy efekt. Idealnie się nakłada, nie robi plam, łatwo go rozetrzeć i można dokładać wedle upodobań. Efekt jest elegancki, lico zarumienione i lekko rozświetlone. Bardzo lubię używać go latem, kiedy w słońcu te mikrobłyskotki delikatnie odbijają światło i ocieplają cerę. Często z tym różem podróżuję - nie dość, że pasuje do większości makijaży jakie lubię (złoto, fiolety, brązy, pomarańcze, zielenie) to jeszcze daje tak ładne wykończenie, że praktycznie można się obejść bez rozświetlacza.

Co warto wspomnieć - to co widzicie w tym poście to stara wersja różu. Całkiem niedawno produkty mineralne M·A·C przeszły tuning. Czy udany? Trudno powiedzieć, mam wrażenie, że produkty są inne, jakby ich wielowymiarowość ucierpiała. I może to tylko moje wrażenie, może się czepiam bo moje M·A·Comaniactwo rośnie w siłę już od 7 lat i jestem wyczulona na niuanse... Niby tego mocno nie widać ale ja różnice widzę między tym co pokazałam powyżej a nową wersją (którą posiadam w zapasach). Mam wrażenie, że nowa wersja ma mniej satynowe wykończenie, jest trochę bardziej płaska i  delikatnie bardziej wpadająca w brąz.

wersja przed tuningiem - wersja po tuningu

Na mojej skórze (pamiętajcie, każda jest inna!) róże ogólnie trzymają się dobrze a te M·A·Cowe praktycznie do demakijażu. W ciągu dnia minimalnie bledną ale ja ogólnie nie dotykam twarzy, nie mam takich zwyczajów więc pewnie i dlatego róż ładnie u mnie siedzi. Oczywiście w przypadku wszystkiego co błyszczące na policzkach - warto obchodzić się z nim ostrożnie bo może podkreślać pory skóry, wchodzić w nie. Ale tak będzie zachowywała się praktycznie większość rozświetlających produktów. O wydajności się nie wypowiem - przy takiej ilości róży (ogólnie kosmetyków) praktycznie każdy produkt starcza mi  na lata więc trudno powiedzieć jak szybko by się zużył gdybym używała go na zmianę z powiedzmy dwoma innymi produktami. Sięgam po niego dość często, mam go już nie powiem ile bo nie wypada i nadal nawet dziurki w nim nie widzę! 




Uwielbiam Warm Soul i trochę z obawą myślę o tym, kiedy mi się skończy. Wiecie jak to jest, człowiek się przywiązuje do produktu, uwielbia, poleca na prawo i lewo a tu klops i zmiana formuły. Albo opakowania. Na pewno dam Wam znać jak już przejdę do nowego różu a tymczasem  pozostawiam Was z Warm Soul. Macie jakieś inne fajne typy swoich najlepszych i ukochanych róży? Podzielcie się?

2015/01/18

Konkurs z Benefitem - WYNIKI

Cześć!

Przybywam do Was z szybkim postem z wynikami konkursu organizowanego wraz z Benefit Polska! 

Na pewno czekacie i na pewno też wiecie, że jest niezmiernie ciężko wybrać zwycięzców i ograniczyć się do tylko dwóch nagród! 

Ponieważ jednak tylko dwie na tą chwilę mam, spieszę donieść, że wygrały je:

Anna Karpowicz :) 
 
 oraz Skonfundowana Panna!

Dziewczyny, ogromnie gratuluję i cieszę się, że mam takie pomysłowe Czytelniczki!!!
Przesyłajcie szybciutko adresy do wysyłki, w tym tygodniu postaram się podesłać paczuszki!


Wszystkie Wasze odpowiedzi były świetne! Przyznam się Wam, że w 90% przypadków popieram sugestie i sama marzę o takich produktach jak:


Anito! Ja mam ten sam problem i też chciałabym zobaczyć taki produkt! Wcale Cię nie poniosło - kremy i bazy liftingują twarz to czemu nie zamarzyć o podniesieniu opadającej powieki... ? 


Mnie również marzy się produkt do brwi o idealnym odcieniu, który do tego byłby świetnie napigmentowany i rewelacyjnie trwały. I  nie wpadał w brąz ani w pomarańcz bo ja z tym mam największy problem... 


W sumie nie wiem, dlaczego żadna firma jeszcze tego nie wymyśliła! Produkt, który nakładamy na dzień i który dba o nasze rzęsy jak odżywki na porost jednocześnie pięknie je wydłużając, zagęszczając i pogrubiając... mhmmm sama się rozmarzyłam! 

Popieram! Ciężko znaleźć fajny bronzer w biszkoptowym odcieniu!

Dużo pojawiło się pomysłów na wszelkie makijaże-instant. Maseczki, płatki, gotowe kreski. Myślicie, że w tym kierunku zmierza nasze codzienne (lub okazjonalne) upiększanie siebie? Dla mnie to bardzo ciekawy temat do dyskusji :) Sama uwielbiam makijaż, i robić i nosić i nie sądzę, żebym z takiej formy korzystała. Ale domyślam się, że wielu osobom znacznie ułatwiło by to funkcjonowanie :) Dajcie znać w komentarzach co o tym sądzicie! 
Ja tymczasem powoli kompletuję nagrody na kolejny konkurs - rozdanie :) 
Bądźcie czujni! :)

2015/01/17

Fioletowy manicure z essence


Wiecie dobrze, że nie jestem geniuszem, jeśli chodzi o zdobienie paznokci. Nie przepadam także za brokatem z prostego praktycznego powodu - nie cierpię go zmywać. Dlatego jeśli brokat gości na moich paznokciach to przeważnie na palcu serdecznym, nie wiem, jakoś tak mi się to przyjęło. Kiedy w trakcie robienia mini porządku w szafie z lakierami znalazłam lakier 03 True Love z limitowanej edycji essence Vampire's Love i przypomniałam sobie o nim postanowiłam od razu go użyć. A żeby nie było nudno (choć True Love jest zjawiskowo pięknym fioletem, takim za jakimi wręcz przepadam) postanowiłam dodać mu trochę błysku i z pomocą przyszedł mi błyszczący special effect topper również z essence w odcieniu 04 it's purplicious. Wpasował się nieźle, kolorystycznie praktycznie nie odbiega - jest przejrzystą bazą, w której zatopione są maleńkie srebrne drobinki i większe kwadratowe różowe i fioletowe. Drobinki idealnie się rozkładają.




Kombinacja przetrwała na moich paznokciach 4 dni, po tym czasie zauważyłam na końcówkach i po bokach minimalne odpryski. Jak na drogeryjny lakier - naprawdę super. A że odcień fioletu jest piękny to z przyjemnością mi się nosiło to mani.

2015/01/15

Nowości i odkrycia 2014

Podsumowania i zestawienia opanowały blogosferę. Długo myślałam, co by tu napisać i przyznam, że zdziwiłam samą siebie. Gdybym miała bowiem podać Wam moje kosmetyczne hity to z niewielkimi wariacjami byłaby to kopia postu sprzed roku (KLIK). Podkład Studio Fix, paleta Naked 2 (Trójce nie udało się jej jednak zdeklasować), rozświetlacz Chanel czy woda Davidoff Sea Rose - te i wiele innych produktów z tamtego posta zagościłoby i tu. Cóż - mimo, że testować uwielbiam to jednak wychodzi na to, że kiedy znajdę swój hit, to jestem mu wierna. Zadziwiające :) 

Pomyślałam więc, że napiszę notkę w nieco zbliżonym klimacie ale żeby Was nie zanudzić i nie powtarzać się, przedstawię Wam kosmetyczne nowości i odkrycia jakie w roku 2014 zagościły w mojej szafce lub wróciły do łask. I niekoniecznie będą to produkty, które na rynku pojawiły się w minionym roku bo niektóre z nich są w sprzedaży już długo. To kwestia tego, kiedy zostały przeze mnie odkryte lub docenione :) Nie będzie tutaj o dziwo za dużo produktów M·A·C - opisuję je na bieżąco, i to, że nie ma ich w zestawieniu to nie znaczy, że uważam, że nie są tego warte: cienie, szminki, róże, linery - moja mania od zeszłego roku ani na trochę się nie zmniejszyła. :)

Zaczynamy od twarzy.


Temat korektorów to temat-rzeka. Mam ich sporo, używam różnych ale w tym roku trzy propozycje wyjątkowo mnie urzekły. Pierwsze dwie to korektory M·A·C: Pro Longwear i Mineralize. Te pierwsze dają mocne trwałe krycie (szczegóły tutaj), te drugie są bogatsze w konsystencji, kremowe, delikatne ale nadal z bardzo dobrym kryciem. Co tu dużo mówić, uwielbiam! Trzeci korektor, który bardzo polubiłam to bananowy żółty z Sephory. Fajnie niweluje sińce pod oczami, nie wysusza skóry i jest bardzo wydajny.



Będąc przy Sephorze i M·A·C - pudry! Sephora wprowadziła do sprzedaży cudownie miałkie, leciutkie a jednocześnie fajnie kryjące wypiekane pudry mineralne MicroSmooth Baked Face Compact. Odcieni nie jest zbyt wiele, ale każdy znajdzie tu coś dla siebie. M·A·C z kolei wypuścił nowość - poszerzający serię Studio Sculpt puder Studio Sculpt Defining Powder. Można nim uzyskać piękne absolutnie nie płaskie ale jednocześnie nie tandetnie rozświetlające wykończenie makijażu. Jestem tym pudrem zachwycona, mam dwa odcienie - Medium Plus i Light Plus, ale obydwu mogę spokojnie używać na mojej jasnej skórze bo nie tyle dają kolor co właśnie w jakiś magiczny sposób robią niemal retusz :D



O palecie do konturowania z Anastasia Beverly Hills Contour Kit pisałam Wam całkiem niedawno (KLIK) więc odsyłam do recenzji. Tutaj powiem tylko słowem podsumowania, że nie żałuję ani grosza wydanego na nią bo używam jej na sobie, na znajomych, i za każdym razem jestem zachwycona.


Kiedy zaś nie używam powyższej palety, sięgam po upolowany w końcu po przydługich poszukiwaniach róż NYX w odcieniu Taupe. Fajny, neutralny odcień do konturowania buzi, robi bardzo przyjemny cień. Oczywiście nie blenduje się tak magicznie jak ABH ale do opanowania!


Jeśli mowa o różach do policzków, to najmilszym zaskoczeniem roku był dla mnie róż Majorette od Benefitu. Pierwszy róż w kremie, do którego się przekonałam i może nie używałam go za często ale już sam fakt, że używałam sprawia, że zasługuje on na wyróżnienie. Pełną recenzje możecie przeczytać TUTAJ. Róże od Clinique z kolei zachwycają nie tylko wyglądem i wytłoczeniem, ale pięknymi kolorami i niesamowitą trwałością (KLIK).



Pora na makijaż oczu. Uwzględniłam tutaj niewiele produktów bo jak już wyżej pisałam, nie będę się powtarzać w kwestii cieni pojedynczych MAC czy palety Naked 2, które w 2014 nadal królowały w moich makijażach. Co mnie w tym roku zaskoczyło?


O tym, że jestem wielbicielką Paint Potów wiecie. W tym roku dopiero moja kolekcja powiększyła się jednak o odcień, który już dawno powinnam była zakupić - Soft Ochre. Nie jest to łatwa miłość, bo jest on jednym z bardziej tępych Paint Potów, z jakimi miałam do czynienia. Niemniej jest świetną bazą pod cienie i neutralizatorem powieki. Cieszę się, że w końcu dołączył do mojej Drużyny Paint Potów.


Końcówka roku obudziła we mnie brokatowego potwora, kombinuję ile się da więc kleje do brokatu są jak najbardziej przydatne. Obydwa, które widzicie na zdjęciu (Too Faced Shadow Insurance Glitter Glue i Sephora Glitterguard) sprawdzają się świetnie, można je wklepać w powiekę i palcem nałożyć większą ilość błyskotek lub cienkim pędzelkiem nałożyć np na linii rzęs.


Dwie kolejne pozycje to produkty do brwi - obydwie marki Golden Rose. Cienie do brwi mają dobry wybór odcieni, chociaż tradycyjnie w tym przedziale brakuje zdecydowanie chłodnych szarości. Szkoda, że marka nie wprowadziła takowych ale mam nadzieję, że jeszcze wszystko przed nimi. Pędzelki załączone poleciały do kosza ale same cienie są bardzo fajne, dobrze napigmentowane, miękkie, łatwo się nakładają. Najczęściej nakładam cienie na brwi pociągnięte lekko kredką, często M·A·C Lingering a ostatnio równie często na woskowe kredki Golden Rose. Dają świetną przyczepność i sprawiają, że makijaż brwi jest praktycznie nienaruszalny. Fakt - sztyfty już nieco zbrzydły, napisy się pościerały ale kredki zadanie swoje spełniają. Za tak niewielką cenę jak 6,90zł warto je mieć w swojej kosmetyczce.



W mojej ulubionej kategorii za dużo odkryć nie było, chociaż produkty poniżej zaliczam do bardzo udanych! 


Przede wszystkim triumf święciły konturówki. I to chyba największa doustna zmiana w porównaniu do zeszłego roku, kiedy pisałam "Konturówek używam rzadko. Przeważnie na wyjście i do mocniejszych kolorów szminki". Otóż moja kolekcja konturówek M·A·C znacznie się powiększyła, doszły do niej odcienie nude, spokojniejsze i bardzo eleganckie. Teraz konturówek używam bardzo często, i zdarza mi się używać ich trochę na opak ale o tym napiszę Wam już niedługo.


Jak już przy M·A·C jesteśmy, kolejnym moim odkryciem jest produkt z końcówki roku jednak sporo go już poużywałam. Jest to paleta z zimowej kolekcji świątecznej z sześcioma odcieniami szminek Viva Glam. Jest niesamowicie uniwersalna, od napigmentowanej czerwieni i odcienia nude przez piękne połyskujące błyszczykowate w konsystencji beże i róże. Wielka, ogromna miłość!


Odkryłam świetne szminki Zoeva. Cudownie kremowe, wyraziste kolory, szkoda, że taki mały wybór odcieni bo zdecydowanie pragnie się ich więcej. Recenzja TU.


Kolejne odkrycie z końcówki roku, stąd szminka nie doczekała się jeszcze osobnej recenzji ale pokazuję ją bo zdecydowanie warto się jej przyjrzeć! Nie wiedziałam, że Smashbox robi tak fajne szminki a ta w odcieniu Infrared polecona mi przez moją ulubioną konsultantkę z Sephory (pozdrawiam Aga jeśli czytasz!) jest prze-ge-nial-na. Mocna, matowa czerwień, która naprawdę jest matowa i jednocześnie nie wysusza ust! Cudo!


I dwa produkty pielęgnacyjne do ust które bardzo polubiłam. Pierwszy to peelingująca pomadka z Sylveco. Produkt kontrowersyjny, albo się go lubi albo nie znosi. Ja akurat bardzo polubiłam. No dobrze, może nie pachnie szałowo. Ale kilka razy uratowała mnie rano kiedy po nałożeniu szminki na usta nagle okazywało się, że są jednym suchym wiórkiem. Szybka akcja pt. zmywam szminkę, peelinguję usta tym sztyftem, a potem na gładkie wargi ponownie nakładam kolorowy produkt. I makijaż uratowany.


I kolejny produkt, na który namówiła mnie Agnieszka czyli olejek do zmywania upartej szminki. W malej, poręcznej wygodnej tubce, w żelowej formie który poradzi sobie z każdą szminką typu stain itp. Fajny zwłaszcza do torebki. Ja się domyślam, że pewnie podobny efekt można uzyskać wazeliną itp ale taki gadżet tez się przydaje, zwłaszcza, kiedy nie chcemy grzebać palcami w słoiczku.


Jeśli chodzi o perfumy, tu zdecydowanie królował ponownie Davidoff Cool Water Sea Rose. Zużyłam 30ml, na zdjęciu już moje 50ml a kolejny zakup zapasowy już czeka. Coś niesamowitego. Niby róża, ale bardzo subtelna, niby świeża, ale z ciepłą otulającą końcówką, niby delikatna, ale na mojej skórze jest, tak, nie waham się tego napisać, obłędnie seksowna. Polecam spryskać nią na próbę nadgarstek i wywąchać ją na wszystkie strony. Anielski zapach. Łagodny, elegancki, relaksujący - mogłabym tak godzinami. 

Do tego hit na lato. Co roku chodziłam koło zapachów CK One Summer i co roku te edycje były poprawne ale bez szału.  W tym roku totalnie porwała mnie kwaśno-cierpka kompozycja. Aromat może nie należy do najtrwalszych - to w końcu woda na lato ale wyszedł tylko w pojemności 100ml  i w niezłej cenie więc można się nim polewać nawet kilka razy w ciągu dnia bez żalu. Za to z radością bo to zapach niezwykle energetyzujący, odświeżający, dodający mocy w upalne dni. Taki koktajl z cytrusów okraszony odrobiną słodyczy. Miodzio.

I na koniec nowość od Estee Lauder - ostatnia odsłona Modern Muse Chic. O ile oryginał totalnie nie wpasował się w mój gust to wersja Chic jest jedną z moich ulubionych w tym momencie. Drzewo zmieszane z jaśminem i tuberozą. Zapach wilgotny, pachnie mchem, lasem, trochę mężczyzną, czymś co unosi się w powietrzu po deszczu. Bardzo otula i daje takie poczucie błogostanu. Jestem bardzo ciekawa jak sprawdzi się latem.


W poprzednim zestawieniu nie wspominałam Wam o kosmetykach pielęgnacyjnych i tu byłoby podobnie ale na małe miejsce w rankingu zasługują tutaj dwa produkty. Pierwszy z nich to olejek do włosów L'Oreal. W ogóle jakoś dopiero w tym roku sięgnęłam na dobre po olejki do odżywiania włosów i szukając czegoś fajnego bez arganu trafiłam na ten specyfik. Ma niezły skład (wyciągi z rumianku, słonecznika, lotosu orzechodajnego, lnu zwyczajnego, gardenii tahitańskiej i dzikiej róży a także olej kokosowy czy sojowy), nie przeciąża, fajnie nawilża i odżywia i jest diabelnie wydajny na moich krótkich włosach. Drugi to samoopalacz do ciała z Avonu w piance. Pięknie pachnie przy aplikacji, potem jak to samoopalacz nieco słabiej ;) ale przy odrobinie wprawy można dzięki niemu uzyskać naprawdę piękną i naturalnie wyglądającą opaleniznę. Jasne - na smugi trzeba uważać ale łatwiej mi się posługuje tą pianką niż tradycyjnym kremowym produktem. I duży plus za naturalny odcień opalenizny co na mojej skórze jest ogromnym plusem. Opalał mi latem nogi, żebym nie wyglądała jak córka młynarza, a teraz cudownie się sprawdził na sylwestra!



Jest jeszcze jedna firma, którą bardzo w tym roku polubiłam za całokształt - Bomb Cosmetics. Naprawdę milutkie, śliczne i urocze kosmetyki które dodatkowo fajnie pachną i świetnie działają. Wypróbowałam ich już naprawdę kilka, o maśle do mycia ciała możecie przeczytać TU a TU macie recenzję kremowej babeczki do kąpieli. Na pewno napiszę Wam jeszcze o tych kosmetykach bo są świetne :) 


I tak kończy się moje tegoroczne zestawienie. Mam nadzieję, że Was nie zanudziłam, sama uwielbiam czytać takie posty i mam nadzieję, że zainspirowaliście się czymś albo że niektóre nasze hity się pokrywają! Dajcie znać w komentarzach :) Życzyłabym sobie i życzę Wam aby 2015 przyniósł kolejne kosmetyczne hity :)