2015/07/24

Projekt: USTA. Część 2: NYX Soft Matte Lip Cream Addis Ababa, M·A·C Vegas Volt, Rimmel Moisture Renew Let's Get Naked


Witam w części drugiej serii Projekt: Usta. Czy tylko mój czas tak pędzi, że od pierwszego posta minął już tydzień? Wasz też? Życie niestety ;)

Dzisiaj pokażę Wam trochę bardziej zróżnicowane trio niż w poprzednim poście (KLIK Część 1). Będzie nawet nudas!

Jako pierwsza wystąpi matowa szminka NYX Soft Matte lip cream w cudownym odcieniu nie tak znowu drapieżnej fuksji - Addis Ababa. Wygodny gąbeczkowy aplikator i przyjemny słodki zapach waniliowych ciasteczek, a do tego równy kolor i delikatne półmatowe wykończenie: tak w skrócie można opisać szminkę NYXa. Nosi się dobrze, choć nie jest to trwałość na przykład Bourjois Rouge Edition Velvet. Absolutnie za to nie wysusza ust, otula je mięciutką poduszeczką produktu :)



M·A·Ca nie może oczywiście zabraknąć. W drugim tygodniu mojego projektu do delikatnego makijażu oka z lekkim błyskiem wybrałam Vegas Volt w moim ukochanym wykończeniu amplified. Te szminki wyróżniają się niesamowitą kremowością, co widać na ustach, a także mocnym pigmentem. Tutaj nie ma półśrodków. Vegas Volt to kolor, który mnie zaskoczył. Po swatchach w necie spodziewałam się żarówy, tymczasem, choć odcień nie jest neutralny, jest z pewnością dość przygaszony. Piękny ciepły koral lekko wpadający w pomarańcz. 




I ostatnia pozycja czyli obiecany odcień nude. Nie wiem co mnie wzięło, ale ostatnio testuję wszelkie spokojne, jasne odcienie z dużą radością. Fakt, że nie każdy nude mi pasuje, jednak od czasu do czasu uda mi się coś namierzyć. Tym sposobem wpadła mi do koszyka pomadka Rimmel Moisture Renew w odcieniu Let's Get Naked 705. Dla osób czytających mojego bloga od dawna nie będzie zaskoczeniem, że to, co ja nazywam odcieniem nude niekoniecznie musi być jako taki odbierane przez pozostałe osoby. Dzieje się tak dlatego, że mam dość mocno napigmentowane usta i dziwną jasna cerę, co sprawia, że wiele bardzo jasnych produktów wygląda na mnie po prostu bardzo źle. Trupio. Blado. Czasem jednak uda mi się trafić z czymś co na mnie daje efekt nagich prawie ust. Taka jest ta szmina. Nosi się dobrze, jest łatwa w ponownej aplikacji, bardzo kremowa co niestety sprawia, że nie jest zbyt trwała ale wybaczam. Jedno co mnie drażni to charakterystyczny zapach... Pudrowej pomady. Taki no, niezbyt jak na XXI wiek. Trzeba przeżyć.  Wiem, że wiele z Was twierdzi, że w jasnych odcieniach mi dobrze, ja jednak chyba jestem przyzwyczajona do konkretów na ustach i zdecydowanie wolę siebie w kolorowej wersji. Niemniej czasem trzeba się nieco stonować.



Swatche na dłoni: NYX Soft Matte Lip Cream Addis Ababa,  M·A·C Vegas Volt, Rimmel Moisture Renew Let's Get Naked:



A po kolejną porcję swatchy i opowieści szminkowo-błyszczykowo-kredkowo-mazidłowych zapraszam już za tydzień :) 

2015/07/23

Hermēs Le Jardin de Monsieur Li


Lato. Upalne, duszne... W nocy zapowiadano silne burze... Budzę się, ledwie wygrzebuję się z łóżka, zaspana, mokra od ukropu panującego w sypialni na piętrze... Otwieram okno z nadzieją na ruszenie gęstego, gorącego powietrza. Otwieram więc okno, a w moje nozdrza uderza zapach świeżego, odrobinę chłodniejszego poranka. Ulga. Czyli jednak padało! 

Znacie to uczucie, kiedy po bezwietrznych, piekielnie gorących dniach w końcu przychodzi orzeźwienie? Ja to uwielbiam! Podobnie jak najnowszą kreację Jean-Claude Ellena Le Jardin de Monsieur Li. To kolejna, bodaj piąta "ogrodowa" kompozycja tego nosa dla marki Hermēs. Jean-Claude jest fascynującą postacią, nie dalej jak kilka dni temu oglądałam film dokumentalny o powstawaniu perfum, w którym Ellena jest jednym z bohaterów (KLIK). Obok nosów tak słynnych marek jak Chanel czy Dior. A w zasadzie na ich czele. I już nie dziwię się, dlaczego. 



Wkoło ogrodów Hermēsa chodziłam od bardzo dawna. Próbowałam, smakowałam, byłam już bliska zakupienia buteleczki "dachowych" Un Jardin sur le Toit jednak coś bliżej nieokreślonego mnie powstrzymywało. A ja po prostu czekałam na ogródek pana Li. Zaczęło się niewinnie, od zamówienia w sklepie online, do którego wybrałam sobie próbkę właśnie tego zapachu. Od pierwszego niucha poczułam, że to będzie miłość. Kilkanaście dni później, kiedy Sephorowy newsletter pojawił się w skrzynce a w nim -20% na cały asortyment - cóż. Żal było nie skorzystać. I tak oto trafiła do mnie moja flacha. Żałuję, że nie wzięłam 100ml. Niewiele jest zapachów, przy których do tego wniosku dochodzę, bo mam butelek perfum (biegnie liczyć) ... ponad 45 więc większe pojemności już dawno przestałam kupować. Jednak dla tego zapachu mogłabym zrobić wyjątek bo tak naprawdę - z ręką na sercu - najchętniej pachniałabym nim bez przerwy... 

Rześki, orzeźwiający, wyostrzający zmysły... Te trzy określenia definiują to, co czuję na korku. Jaśmin, cytryna, świeża zielona trawa i cudownie chłodząca zmysły mięta. Pierwszy jest jaśmin, jednak nie jest tępy, suchy, duszący. Jest mokry od deszczu, przesiąknięty zielenią i soczystością cytrusów. Zmysłowy, jednak nie wieczorowy. Następnie rozwojowi aromatu towarzyszy w tle mięta, a to sprawia, że całość jest bardzo lekka, przejrzysta. Według mnie to idealny zapach na letnie dni. Leży na mnie pięknie od samego początku. Po około dwóch godzinach nie czuć już za bardzo cytrusów, zapach robi się przytulny, ciepły, lecz nie zbyt przytłaczający. Nie mam zbyt wprawionego nosa, ale wydaje mi się jakbym w nim czuła słodkość kokosa, soczystość melona ale nadal nie jest to aromat słodki sam w sobie. 

To zapach intymny, urzekający. Być może nie poczujecie go przechodząc obok... W duchocie lata nie powali na kolana współpasażerów tramwaju czy metra, tudzież współpracowników, jeśli do pracy jeździcie autem. Ale szepcząc do ukochanego bądźcie pewne, że poczuje ten subtelny aromat. A nawet, jeśli ukochanego jeszcze brak - warto poznać ogrody Pana Li dla samej siebie.

Próbka, którą miałam, wyparowywała ze skóry dość szybko. Jednak woda toaletowa z buteleczki trzyma się zgodnie ze standardem. Nawet wieczorem jeszcze czuję zapach przy skórze, ale najczęściej i tak w trakcie dnia aplikuję je ponownie - because I can :D A także dlatego, że po prostu je uwielbiam! I kompletnie nie rozumiem, dlaczego Sephora zaliczyła te perfumy do działu męskiego... To maksymalnie unisex, jednak dla mnie są one bardzo, bardzo kobiece. Polecam wypróbować!



2015/07/21

Kiko Nail Lacquer 533


Nie tak dawno pokazywałam Wam niebieską błyskotkę z Kiko (KLIK), a dzisiaj czas na zieleń. Produkt to naprawdę zacny, do pełnego krycia wystarczą dwie warstwy, schnie bardzo szybko. Równomiernie rozkłada się na płytce, nie robi prześwitów, ma odpowiednią gęstość i przyjemny pędzelek. 

Jak już Wam pisałam, uwielbiam wykończenie glassfleck, uwielbiam mieniące się paznokcie, wszelkie gustowne blink blink. Ten się do takich zalicza, efekt nie jest tani czy tandetny. Przynajmniej dla mnie, wiem, że w tych kwestiach często opinie się różnią, niektórzy nie tolerują na paznokciach nawet najdrobniejszego shimmeru. Bywa. Ja jednak lubię różnorodność. 
Tutaj mamy soczystą zieleń z mnóstwem drobin w odcieniach zieleni i złota. Mienią się w słońcu tak, że można by w zasadzie patrzeć tylko na swoje paznokcie ;) 






Macie swoje ulubione lakiery Kiko? Mi uzbierała się niezła kolekcyjka, ciągle są w promocji za 9,90zł i za tę cenę naprawdę są na 6+! Aż chce się więcej!


2015/07/17

Projekt: USTA. 1: ArtDeco Long-Wear Lip Color 70, M·A·C M·A·C Red, M·A·C Ruby Woo


Ostatni projekt regularnych postów nawet całkiem mi się udał. O moich M·A·Cowych Hitach z nielimitowanych kolekcji możecie poczytać w tej serii. To jeszcze nie jest moje ostatnie słowo w tej kwestii, być może niebawem wznowię tamtą tematykę. 

Tymczasem naszło mnie na kolejną mini serię. Pomyślałam, że mam tyyyyyyyyle szminek. Nie pokażę Wam na jednej focie ile, bo jeszcze mnie zamkną w wariatkowie. I ciągle chciałabym ich Wam pokazywać więcej i więcej. Stąd nowy pomysł. Krótkie posty, bez zbędnego rozpisywania się. Jeden post, trzy szminki, takie Lipstick Of The Day, LOTD. A potem pomyślałam, że jeszcze są błyszczyki! I lakiery do ust! I konturówki! Dlatego rozszerzyłam zakres serii do po prostu kosmetyków do ust. Zamysł pozostaje ten sam: trzy produkty do ust, których używałam w mijającym tygodniu, z szybkimi swatchami, krótkim opisem i prezentacją na mojej facjacie. Dajcie znać, co sądzicie! Jako dzień publikacji wybrałam piątek, już w lekkim weekendowym klimacie, ale to oczywiście może ulec jeszcze zmianie. 

Będę dodawała swatche na dłoni, swatche na ustach. Chciałabym też pokazywać cały makijaż w jakim danego dnia z daną szminką chodziłam oraz, jeśli będzie dobrej jakości, zdjęcie oka. Tak kompleksowo. 

Na pierwszy ogień będzie klasyka. Dwie czerwienie z M·A·C i pewna nowość w mojej kosmetyczce czyli pomadka ArtDeco. Zaczynamy!

Korzystając z niedawnej promocji na produkty ArtDeco skusiłam się na trzy produkty, wszystkie do ust, w tym pomadkę Long-Wear Lip Color. Wybrałam odcień 70 bo jest dość unikatowy. Różowo-koralowa baza z delikatnym jakby złotym shimmerem. Pokazuję ją Wam już teraz bo bardzo się z nią polubiłam, a to nowość na rynku. Ma bardzo przyjemny, słodki zapach, dość intensywny ale po paru chwilach lekko wietrzeje. Produkt z początku wydaje się być kremowy, miękki, świetnie rozprowadza się na ustach. Jednak po paru minutach jakby zastyga, bez wysuszania, ale jest dość trwały. Przetrzyma picie kawy czy lekki posiłek. Oczywiście jak to z większością zastygających produktów bywa - tłustsze jedzenie rozpuści niestety szminkę. 


 

Pierwszą szminką M·A·C pokazaną w tej serii będzie M·A·C Red. To wykończenie Satin, choć po samej formule można pomyśleć, że bardziej Amplified bo szminka jest niesamowicie wręcz kremowa i fantastycznie napigmentowana. To piękna, soczysta, raczej chłodna czerwień, fenomenalnie zgrywa się z konturówką Cherry (KLIK). Seksi, choć nie tak trwała jak kolejna bohaterka tego posta.





Ostatnia szminka to chyba pierwsza pomadka M·A·C, co do której z początku nie byłam przekonana. Ruby Woo to klasyk. Taki must have. Pod względem koloru. Bo pod względem wykończenia to najbardziej tępa szmina jaką znam. A wierzcie mi, znam szminek sporo. Obraziłam się na nią kiedy wybrałam się na wesele do znajomych, po czym już po zaślubinach zaczęła się dziwnie zjadać, psuć, wysuszać usta, kruszyć. Oczywiście znam osoby, które z powodzeniem ją stosują. Ale mnie wtedy wnerwiła straszliwie. Dlaczego więc się nie rozstałyśmy? Po pierwsze odcień! Jest zjawiskowy, seksowny, piękny. Po drugie szminka ta w duecie z bazą pod szminkę (ja używam M·A·Cowej Prep + Prime) jest totalnie do okiełznania. Cieszę się, że M·A·Cówki podczas którejś mojej wizyty podpowiedziały mi ten sposób. Teraz mogę cieszyć się fenomenalnym odcieniem bez problemów.






Swatche na dłoni: Art Deco Long-wear lip color 70 - M·A·C M·A·C Red, M·A·C Ruby Woo



Co sądzicie o takich postach? Pasuje Wam taki rodzaj prezentacji produktów do ust? :D

2015/07/15

Rozdanie urodzinowe!



Zbierałam się i zbierałam, i w końcu jest! Urodzinowe mega rozdanie, nagrody zacne, ale w końcu raz się świętuje piąte!!! urodziny bloga! :)

Kosmetyki, jakie dla Was mam to zbiórka moich wielkich hitów. W zasadzie oprócz kremu Nonique, wszystkie produkty znam i sama ich używam. 


Co znajdziecie w mojej pace hitów?

- CK One Summer 100ml - to zeszłoroczna wersja zapachu, tak mnie zachwycił, że aż zrobiłam z niego zapas... uwielbiam na lato! 
- theBalm Nude Dude czyli fantastyczna paleta świetnej jakości cieni do powiek (recenzja: KLIK)
- Kiko energy mask czyli słynna GENIALNA maseczka oczyszczająca, również uwielbiam, również mam zapasy! 
- Inglot HD Sculpting Powder odcień 504 - chyba najpopularniejszy, bardzo lubię te pudry, często po nie sięgam, naprawdę dobry produkt do konturowania na sucho!
- Balsam do ciała Craft & Beauty o OBŁĘDNYM zapachu Kawa-Sutra - naturalny, hand made, fantastyczny - trzy słowa, jakimi opisałabym te balsamiki
- błyszczyk do ust NYX Mega Shine Lip Gloss w odcieniu 162 Nude peach - zapach gumy balonowej, to powinno wystarczyć ;) 
- Bourjois Color Boost w odcieniu 06 Plum Russian 
- róż do policzków Sephora Sweet On You! 05 - ostatnio baaaardzo polubiłam te róże, są trwałe, ładnie napigmentowane, proste w użyciu! 
- miniatura High Beam benefitu - kto nie zna?! wielofunkcyjny i kultowy
- Avon Supershock gel eyeliner w odcieniu Aqua Pop - idealny na lato, kremowy, piękny odcień
- Kiko Instant Volume Lipgloss w odcieniu 221 - delikatny dziewczęcy róż z maleńkimi drobinkami
- krem pod oczy Nonique  

WSZYSTKIE KOSMETYKI SĄ NOWE I NIEUŻYWANE! 

Jakie są zasady rozdania?

Trzeba spełnić trzy warunki. Tym razem postanowiłam dać Wam zadanie podzielenia się ze światem informacją o konkursie. Nie trzeba wymyślać cudów. Pisać wierszyków. Czarować.
Wystarczy w jakiś, dowolnie wybrany sposób, udostępnić informację o konkursie. Przy okazji w odpowiednim miejscu w formularzu wpisać link do tego udostępnienia, żebym mogła to sprawdzić.

Możliwe udostępnienia informacji / grafiki (pierwsze zdjęcie w poście):
- jako post na blogu
- jako grafika z linkiem odsyłającym w pasku bocznym bloga
- na fanpage'u / profilu na fb
- na instagramie (proszę wtedy otagować wrzucone foto: #sweetandpunchyblog  pamiętajcie o dokładnym tagu!)

Jak widzicie, możliwości jest kilka. Jeśli wpadniecie jeszcze na jakieś - pytajcie pod tym postem. 



Regulamin konkursu:
1. Konkurs trwa do 15.08.2015 do godziny 22.00 i jest organizowany i przeprowadzany przeze mnie - autorkę bloga Sweet&Punchy.
2. Nagrody ufundowałam sama.
3. Dane osobowe (imię, nazwisko, mail) nie są zbierane w celach innych niż weryfikacja zgłoszeń.
4. Wyniki zostaną ogłoszone w terminie OKOŁO 2 tygodni przy czym zastrzegam sobie prawo do ewentualnych opóźnień w przypadku zdarzeń ode mnie niezależnych. Przeważnie jednak mieszczę się w wyznaczonych terminach.
5. Osoba, która wygra jest proszona o kontakt mailowy w ciągu 72h od ogłoszenia wyników i podanie danych do wysyłki. Nagroda zostanie wysłana do zwycięzcy Pocztą Polską w najszybszym możliwym terminie (do 15 dni roboczych max).
6. Osoby ponaglające i wypytujące w wiadomościach o wyniki konkursu zostaną z niego wykluczone.
7. W przypadku braku zgłoszenia mailowego w ciągu 72h od ogłoszenia wyników, po rzeczonych 72h wybieram kolejnego zwycięzcę.
8. Nagrody nie podlegają wymianie na równowartość pieniężną.
9. Jeśli nie jesteś osobą pełnoletnią - będę prosiła o przesłanie zgody rodziców na udział w konkursie.
10. Przystąpienie do konkursu jest jednoznaczne z przyjęciem warunków niniejszego regulaminu.
11. W razie jakichkolwiek wątpliwości co do nagród, zasad, itp - zachęcam do kontaktu! sweetandpunchy.blog at gmail.com
12. Konkurs nie podlega przepisom Ustawy z dnia 29 lipca 1992 roku o grach i zakładach wzajemnych (Dz. U. z 2004 roku Nr 4, poz. 27 z późn. zm.).


2015/07/12

Bath & Body Works - deep cleansing hand soap


Dzisiaj post lekki, łatwy i przyjemny. Mydła Bath & Body Works to taki mój cichy bohater każdego dnia. Jestem od nich uzależniona, mam wielkie pudło w zapasie i nie wyobrażam sobie chwili, kiedy miałabym je choćby do połowy opróżnić - ciągle dokupuje nowe wersje zapachowe! 


Przede wszystkim z dwóch dostępnych opcji zawsze sięgam po mydełko głęboko oczyszczające. Miałam kilka pianek, ale niestety mam wrażenie, że lekko przesuszały mi dłonie. Teraz więc celuję tylko w te żelowe mydła, przy których takiego zjawiska nie zauważyłam. A myję ręce bardzo często, niemalże obsesyjnie. Mydła te mają delikatne drobinki i kuleczki, które leciutko masują dłonie przy myciu. Zawierają niewielkie stężenie środka antybakteryjnego, ale także aloes, masło shea, olej słonecznikowy czy witaminę E, większość w pierwszej części składu. Podejrzewam, że to właśnie dzięki zawartości pielęgnujących składników moje dłonie nie są wysuszone. A w tym roku przekonałam się na własnej skórze, że to wcale nietrudne doprowadzić do małej katastrofy. Przez moją nieustającą fazę na odkażanie dłoni kupiłam w Rossmannie mydło Carex (!) dla dzieci (!!!) i to, co to mydło zrobiło moim łapkom to wołało o pomstę do nieba :/ Ogromny przesusz, swędzenie, pękające skórki... brrr. Zdecydowanie zostaję przy moim B&BW.


O tym, że mydła B&BW mają obłędne zapachy świadczyć może opinia mojego męża, który prawie za każdym razem chwali kompozycje. Zimą zachwycony Pumpkin Cupcake, wcześniej Black Cherry Merlot, a teraz gruszką. Dzisiaj wystawiłam kolejne, tym razem mandarynka. Jestem ciekawa reakcji :) Trudno mi wskazać moją ulubioną wersję zapachową. Rotacja jest spora, limitki fantastyczne. Ale nawet nie wiem które zapachy są teraz w stałej ofercie. Jeśli nie znacie zapachów B&BW - koniecznie polecam powąchać. Jak w przypadku wszystkich aromatów (w kosmetykach, perfumach itp) tak i tutaj mam podział na mydła słodsze i otulające na jesień i zimę, oraz świeże, rześkie, owocowe na okres wiosenno-letni. Jednak w przypadku mydła aż tak kurczowo nie trzymam się moich reguł i czasem, żeby zimą przypomnieć sobie słodkie lato, sięgam po te letnie zapachy. 

Sporo z mydeł, jakie widzicie na powyższych zdjęciach jest sprowadzona z USA, u nas niestety niedostępne. Tam znacznie więcej jest limitowanych sezonowych wydań tego specyfiku. Regularna cena tego mydła to 29zł i to jest spory minus. Jednak praktycznie zawsze są na nie jakieś promocje, a to 5 za 95 zł, czasem zdarza się jeszcze taniej, chyba 75 kiedyś... Często są też wyprzedawane, czasem za 14zł, czasem nawet za mniej. Nie wiem, czy którekolwiek z moich kupiłam w pełnej cenie ;)

Poznanie zapachów może być jednak trudne, jeśli jesteście spoza stolicy :( Pozwolę sobie tutaj na małą frustrację: o ile jeszcze bym zrozumiała, że marka nie chce otwierać więcej salonów w Polsce, o tyle brak sklepu online mnie bardzo smuci. To tak bardzo ułatwiło by zakupy, poznawanie nowości itp. 

I taki bonusik - wszystkie mydła razem :D


Oczywiście - ustaw kompozycję do zdjęcia, licz się z inspekcją :D  Pozdrawiamy z Janem :)


2015/07/07

RITUALS: Laughing Buddha


Moja niedawna wizyta w Londynie nie mogła nie poskutkować zakupami. Część z nich, łupy z nowości marki Urban Decay widzieliście w poście KLIK. O kosmetykach marki Rituals słyszałam, czytałam i nie powiem, miałam na nie ochotę, jednak podeszłam do nich totalnie bez przygotowania. Tak jak zwykle jako blogerka i zakupoholiczka robię spore rozeznanie w temacie zanim coś kupię, zwłaszcza marki zupełnie mi obcej, tak tym razem poszłam na żywioł. 


Ale jak tu nie iść na żywioł, kiedy na Twoim rodzimym lotnisku we Wrocławiu pierwsze, na co się natykasz na strefie to... półka z Rituals...!  A że panicznie boję się latać, pomyślałam, że osłodzę sobie czekający mnie lot. I połasiłam się na dwa produkty do pielęgnacji ciała z pomarańczowej linii Touch of Happiness. Dosłownie po jednym niuchu testera zakochałam się bez pamięci i powzięłam decyzję, że skoro u nas jest to na pewno na Stansted też będzie. A ja mam tak, że jak coś mnie chwyci za serducho to męczy i nęci. I tym sposobem w drodze powrotnej osłodziłam sobie lot jeszcze dwoma zestawami, myślę, że doczekacie się jeszcze niejednej recenzji. Ale dzisiaj dwa produkty, od których się zaczęło. 




Olejek do mycia ciała Fortune Oil swoją konsystencją i właściwościami przypomina mi olejek L'Occitane (recenzja TU). Jego płynna lekko olejowa konsystencja pod wpływem wody na skórze zmienia się w kremową emulsję, która dobrze myje i pozostawia skórę miękką i lekko odżywioną. I bardzo subtelnie pachnącą. Aromat tylko z początku jest rześki i świeży, kojarzy mi się z mieszanką słodkich i jakby gorzkawych pomarańczy z orzeźwiającym tonikiem. Po chwili ociepla się, nabiera delikatnych akordów mokrego drewna i świeżego lasu. Bardzo szybko ucicha, dlatego ogromnie się cieszę, że istnieje dopasowany do niego balsam.



Moja wersja kremu Touch of Happiness jest podróżna, 70ml, na bezcłówce nie chciałam kupować wielkich opakowań bo potem musiałabym z tym lecieć w obie strony ale dzięki kochanej Martusi już niedługo stanę się posiadaczką balsamu w regularnej wielkości. Miłość! 

Początek kremu do ciała w zasadzie brzmi podobnie do opisu aromatu olejku do mycia ciała. Jest jednak później dużo bardziej złożony niczym rasowe perfumy. Kiedy układa się na skórze, nadal w tle czuć musujące cytrusy, ale do tego dochodzi jakaś przedziwna mieszanka - coś jak mleczko kokosowe, połączone ze świeżą liściasto-ogórkowo-aloesową nutą. Ten zapach jest niesamowity, hipnotyzujący, jedyny. Jednocześnie świeży i otulający. Pasuje mi zarówno w ciepłe jak i chłodne dni co już samo w sobie jest fenomenem bo ja raczej dzielę zapachy na pory roku. I faktycznie, aż mordka się uśmiecha wąchając te cuda. Więc nazwa jak najbardziej trafiona! 

Sam krem ma bardzo dobre właściwości - nawilża skórę, odżywia ją ale nie obciąża. Nie jest tłusty tylko przyjemnie aksamitny. Jest perfekcyjnym dopełnieniem olejku. Pachnie nimi cała łazienka! 

Jestem zauroczona tymi kosmetykami, w sklepie na Stansted dumałam nad wyborem chyba pół godziny, niuchając wszystko co popadnie, pani konsultantka miała ze mnie świetny ubaw. Ale była przemiła, dostałam masę gratisów, między innymi trzy saszetki innego masła do ciała w którym również się totalnie zakochałam. Dlatego jeszcze nie raz usłyszycie u mnie o tych produktach! 


Skład kremu dla tych, których to interesuje:
AQUA / WATER, CYCLOPENTASILOXANE, CETEARYL ALCOHOL, GLYCERIN, CAPRYLIC/ CAPRIC TRIGLYCERIDE, PARFUM / FRAGRANCE, CETEARETH-20, PHENOXYETHANOL, HELIANTHUS ANNUUS (SUNFLOWER) SEED OIL, DIMETHICONE, PROPYLENE GLYCOL, GLYCERYL STEARATE, ISOHEXADECANE, TOCOPHERYL ACETATE, CETEARETH- 12, ALLANTOIN, CARBOMER, CAPRYLYL GLYCOL, TOCOPHEROL, POTASSIUM SORBATE, LINALOOL, CETYL PALMITATE, ALCOHOL, OLUS (VEGETABLE) OIL, LIMONENE, SODIUM HYDROXIDE, HEXYL CINNAMAL, CITRUS AURANTIUM DULCIS (ORANGE) FRUIT EXTRACT, BUTYLENE GLYCOL, CITRONELLOL, CENTELLA ASIATICA (GOTU COLA) HERB EXTRACT, JUNIPERUS VIRGINIANA (CEDER) WOOD EXTRACT, BAMBUSA VULGARIS LEAF EXTRACT, RIBOFLAVIN, SORBIC ACID.




2015/07/05

theBalm Balmsai


theBalm co rusz zaskakuje nas naprawdę dobrymi produktami. Nie inaczej rzecz się ma w przypadku palety Balmsai. Ciekawie skomponowana paleta, świetnej jakości cienie. To wszystko, jak zawsze, w uroczym opakowaniu :)


Uwielbiam kosmetyki theBalm, choć nie powiedziałabym, że wielbię bezgranicznie. Z jednej strony mam z tej firmy produkty, które sprawdzają się u mnie genialnie - obie palety Nude (KLIK) i (KLIK), bronzer Bahama Mama, rozświetlacz Mary Lou, Time Balm, którego używam najczęściej pod łukiem brwiowym aby wyrównać linię brwi czy genialne róże. Zdarzyły mi się palety, z których prawie nie korzystam - The Muppet Show albo Balm Voyage, do których nie umiem się przekonać, ale jak dotąd są w mniejszości. Balmsai zdecydowanie należy do moich faworytów.


W palecie znajduje się 18 cieni, w sumie 14,4g czyli na cień przypada 0,8g. Standardowy cień M·A·C ma między 1,3 a 1,5g. Tak więc, choć ilość 0,8g wydaje nam się nieduża, to tak naprawdę sporo cienia. Przyznam, że zapowiadają się dobrze, zwłaszcza, że są bardzo wydajne. Używałam ich już do kilkunastu makijaży i praktycznie nawet nie widać lekkich wgłębień na powierzchni cieni. Sama paleta jest lekka, płaska, zajmuje niewiele miejsca na toaletce, jest praktyczna w podróży. O dołączonych szablonach się nie wypowiem, raczej uważam je za bajer niż coś, z czego korzystałabym na co dzień. Jednak być może u kogoś się sprawdzą.

Cienie zostały dla ułatwienia użytkowania podzielone na cztery grupy, choć oczywiście nadal wszystko to cienie więc pełna dowolność i tak jest pozostawiona. 

Grupa pierwsza to In The Buff (Basics) czyli podstawowe jasne odcienie. Podoba mi się, że mamy tu i odcień opalizujący na różowo (Surf's up), i beż ze złotymi drobinkami (Hang 10), i klasyczny beżowy neutral (Wipe out). Niestety, w tej grupie znajduje się jedyny cień, który moim zdaniem jest trochę nieudany - High Tide czyli perłowa biel. Niby nie jest to widoczne na swatchach, na szczęście, ale w pudełku odcień ten ma sporo wielkich brokatowych drobin. Niemniej znalazłam na niego sposób, po prostu zdmuchuję nadmiar produktu z pędzla a z nim pozbywam się brokacików ;)






Grupa druga Mavericks (Splash of color) to jak sama nazwa wskazuje, odrobina koloru do naszej podstawy. Mamy więc piękne khaki (Kawabunga), syrenią zieleń (Big Kahuna), fiolet z niebieską drobinką (Surfari) czy delikatnie połyskujący granat (Pipeline). Cienie mają zróżnicowaną pigmentację, ale wszystkie można ładnie budować, są świetne na przykład na dolną powiekę. Taki kolorowy akcent





Trzecia grupa to trzy odcienie matowe, które według producenta z powodzeniem można wykorzystać także do makijażu brwi. Score to dosyć jasny wielbłądzi odcień, Dig It jest najchłodniejszy choć nadal ma kapkę ciepłego w sobie, Woodie to najciemniejszy czekoladowy brąz, perfekcyjny do brązowego dymka. Te odcienie mogą się wydawać słabiej napigmentowane, jednak na oku są super. Stanowią też bardzo fajne kolory przejściowe przy na przykład makijażu smokey eye.


Ostatnią grupę stanowią trzy ciemne cienie, które można stosować na mokro lub na sucho. Obowiązkowo mam wrażenie w każdej palecie czerń - mocna i intensywna - Righteous. Do tego ciemny brąz Ripper i przepiękny fiolet, który ma w sobie milion małych różowych drobinek czyli odcień Stoked.


Cienie świetnie spisują się w makijażu, osyp jeśli jest to jest minimalny, jak zawsze widoczny bardziej przy ciemnych odcieniach ale naprawdę trzeba ostro machać pędzlem, aby się posypało. Na bazie cienie trwają bez zarzutu cały dzień, bez bazy nie używam żadnych cieni więc jeśli interesuje Was ich trwałość solo - musicie zasięgnąć informacji w sieci. Doskonale się blendują, świetnie grają z innymi cieniami

I dwa przykładowe makijaże. Pierwszy z nich widzieliście już TU. Użyte matowe cienie z palety, plus kilka innych bajerów.



Drugi to taki eksperyment,  dość graficznie nieroztarte oko, z niebieskim cieniem Big Kahuna na dolnej powiece. 


Co sądzicie o tej palecie? Sądzę, że jak na swoją cenę 114zł na przykład na mintishop.pl (czyli tam, gdzie kupiłam moją) ta paleta ma tak wiele zastosowań, że warto się nad nią zastanowić.