2014/10/27

M·A·C Hity bez limitu: Studio Sculpt Lash tusz do rzęs

  
Jest poniedziałek, jest i post o M·A·Cowym hicie bez limitu dostępności czyli takim z regularnej kolekcji. Choć kusi mnie pokazanie jeszcze kilku szminek, pigmentów czy cieni, to stwierdziłam, że tym razem dla odmiany będzie o tuszu. M·A·C ma w swojej ofercie kilka maskar. Zawsze było z nimi tak, że były produktami dość mało popularnymi. Od początku mojej M·A·Cowej przygody tusze traktowałam po macoszemu i w zasadzie pierwszą styczność z nimi miałam dopiero kiedy dostałam w ramach współpracy Opulash. Wtedy też przekonałam się na własnych rzęsach, że nie taki diabeł straszny... I nie ma co się obawiać maskar tej firmy.

Kiedy otrzymałam tusz Studio Sculpt, jako nowość w kwietniu, mimo posiadania już jakichś otwartych tuszy chwyciłam za ten produkt. Przyznam Wam szczerze, kiedy zobaczyłam szczotę myślałam, że zejdę na zawał. Pamiętam parsknięcie i myśl "jak ja mam tym dziwadłem pomalować rzęsy, żeby efekt był ładny i jednocześnie żeby zachować nienaruszone gałki oczne?!" :D Bo szczotka jest dziwna. Nawet bardzo.


W zasadzie to nie szczotka a dwa rzędy grzebyków. Każdy ząbek jest na końcu rozwidlony na kształt litery Y. Dzięki temu maskara chwyta każdą rzęsę i idealnie je rozczesuje. Już pierwsza próba nie wyszła źle co mnie zaskoczyło. Przy kolejnych było już tylko lepiej. Zawsze byłam posiadaczką dość lichych rzęs, które ostatnio magicznie urosły... Nie wiem co jest tego przyczyną. Przez około 3 tygodnie używałam dość regularnie odżywki 4 Long Lashes ale później regularność się zmniejszyła by w końcu odstawić odżywkę. To wtedy zauważyłam, że moje rzęsy znacząco się wydłużyły! Kiedy dodaję do tego maskarę Studio Sculpt mogę powiedzieć z całą pewnością - w końcu mam mały wachlarzyk o jakim zawsze marzyłam! 

Niesamowicie podoba mi się efekt jaki ta maskara daje - rzęsy są pięknie rozdzielone i mocno wydłużone. Do tego nie obciąża ich ani nie usztywnia. Malowanie jest bardzo proste, bardzo ciężko wsadzić sobie grzebyk do oka lub ubrudzić górną powiekę. Trzeba się naprawdę postarać. Mam kilka metod malowania i tak naprawdę tusz ten oferuje niezłe pole do manewru. Najczęściej układam szczotkę tak, aby obydwa rzędy grzebyków objęły rzęsy, w ten sposób za jednym pociągnięciem mamy tak naprawdę nałożone dwie warstwy tuszu! Można również ustawić szczotkę tak aby tylko jeden grzebyk przeczesał rzęsy - wtedy otrzymamy delikatny efekt. Maskara świetnie maluje dolne rzęsy. Tusz nie osypuje się pod oczy w trakcie dnia, nie kruszy się. Nie ma również problemu z jego zmywaniem - micel z Biodermy radzi sobie świetnie, domywa się wszystko i na drugi dzień rano nie mam efektu pandy, którego tak nie lubię. Samego tuszu używałam od kwietnia do w zasadzie września. Wiem wiem, to AŻ 5 miesięcy ale jest go naprawdę sporo. I przez ten czas nie stracił swoich właściwości.


Aktualnie przełożyłam szczoteczko-grzebyczek do innej maskary M·A·C - Zoom Fast Black Lash. Jej szczotka była kiepska - nabierało się na nią za dużo tuszu, nie umiałam umalować nią rzęs. Wyczyściłam więc szczotkę Studio Sculpt Lash i przełożyłam. Z powodzeniem służy mi do nakładania innej formuły, której jednak już tak nie lubię. 


W końcu nie wstydzę się pokazać swoich rzęs :)


A tak wyglądają z boku. Prawda, że urosły?


Czy maskara ta ma jakieś wady? Jak dla mnie ma jedną. Nie jest wodoodporna. Więc jeśli zdarzy się Wam popłakać (mi się raz zdarzyło, makijaż był do zmycia) ten tusz nie usiedzi na rzęsach. Jednak jeśli umiecie płacz powstrzymać (w odróżnieniu ode mnie, ot taka ciekawostka) to ta maskara ma szanse być naprawdę dobrym przyjacielem. Cena jest kwestią indywidualną - 80zł to trochę więcej niż L'Oreal. Moim zdaniem warto.

Tak naprawdę sama dopiero uczę się M·A·Cowych maskar. Niemniej z ciekawością sięgam po kolejne bo zarówno "literkowy" In Extreme Dimension jak i bohater dzisiejszej notki Studio Sculpt Lash okazały się być świetnymi wydajnymi maskarami. Aktualnie wykańczam mój Zoom Fast i będę sięgała po biały Literkowy In Extreme Dimension Lash z którym wiążę wielkie nadzieje. Jak będzie - zobaczymy. Jednak już wiem, że Sculpt Lash pozostanie ze mną na bardzo długi czas. To jedna z lepszych szczotek jakich używałam. 

Z tego co mi wiadomo, na razie ten tusz jest w regularnej sprzedaży, dlatego trafił do tej serii. Mam nadzieję, że w tej regularnej ofercie zostanie. Oby jak najdłużej.

2014/10/25

NA.LA Pro Academy kurs doszkalający część 1

Makeup: Dominika Szymik, Modelka: Zosia, foto: ja ;)

Jak już Wam wcześniej pisałam (KLIK), podstawowa część kursu w NA.LA Pro Academy dobiegła końca, ukoronowaniem był egzamin który zdałam na 5 :)) Postanowiłam, że wezmę udział w kursie doszkalającym, który trwa co prawda tylko miesiąc, ale całkiem ciekawe rzeczy się dzieją :) Stwierdziłam, że skoro już zaczęłam temat to żal będzie mi się rozstawać z dziewczynami :)) Więc jak tylko okazało się, że stworzy się grupa niedzielna - podjęłam decyzję. 

Na pierwszych zajęciach miałyśmy teorię makijażu fotograficznego. Dominika omówiła główne zasady jakich trzeba przestrzegać robiąc makijaż pod zdjęcia. Było niesamowicie ciekawie, a jeszcze ciekawiej chyba się zrobiło, kiedy przyszedł nasz gość specjalny: Jakub Kaźmierczyk. Kubę znajdziecie tu: http://www.jakubkazmierczyk.pl/ - dla mnie to Mistrz Fotografii. Bez dwóch zdań. A także przesympatyczny facet, który podjął się niełatwego zadania: przybliżenia podstaw fotografii czterem mniej lub bardziej zorientowanym w temacie babkom. ;) Poopowiadał nam trochę o przesłonach, migawkach, balansie bieli czy wartości ekspozycji. Najfajniejsze było, kiedy mogłyśmy chwycić w dłonie nasz sprzęt i same wypróbować te wszystkie magiczne guziczki, o których istnieniu ja na przykład nie miałam wcześniej pojęcia ;) Pracowaliśmy z soft boxami, z blendami (lecą już do mnie moje własne), przy różnym świetle. Niesamowite i nie wiem, czy kiedyś, jeśli Kuba będzie robił warsztaty, nie skuszę się na udział bo już jedno spotkanie dało mi sporo wiedzy.

Jeszcze kilka moich ujęć sprzed spotkania z Kubą :) Makijaż oczywiście autorstwa Dominiki!



A na części praktycznej były różne kombinacje :)





Jestem zakochana w tych fotach, w urodzie Zosi, w tym mejkapie, ogólnie we wszystkim i wszystkich, którzy brali udział w tych zajęciach!

Drugie zajęcia były równie fascynujące! Pierwszym zadaniem jakie przed nami postawiła Natalia było narysowanie Facecharta. Facecharts to karty ze specjalnego papieru, na których tworzy się projekt makijażu. Na pewno nie raz je widzieliście. Nie sądziłam jednak, że to aż tyle pracy! A przy tym nie można się pomylić bo o ile z twarzy możemy zmyć i zrobić poprawki o tyle na FC już nie bardzo się to da zrobić. Natalia uczyła nas technik i myślę, że jeszcze niejeden Facechart wyczaruję jak tylko znajdę trochę czasu. To świetna zabawa :)




Kiedy już zrobiłyśmy naszą zabawową sesję czekała nas niespodzianka. Natalia zaprosiła modelki a każda z nich przyniosła po 3 looki celebrytek jakie chciałaby wypróbować na sobie. Miałyśmy za zadanie ustalić z "klientką" na który makijaż stawiamy i wykonać jego interpretację. Moja modelka przyniosła zdjęcia głównie mejkapów Natalii Siwiec, gdzie akcent zdecydowanie postawiony jest na przydymione oko. Zabrałam się więc do pracy. Śmiechu i plotek było przy tym co nie miara. To cudowne widzieć radość na twarzy modelki po skończonym makijażu :) To zawsze najbardziej lubię w malowaniu... 



Wiola i jej wizażystka, Karolina


Te zajęcia na pewno nauczyły nas pracy z klientką, dochodzenia do kompromisu. To, że u siebie lubię mocne brwi nie znaczy, że to samo musi lubić moja modelka. To, że coś pasuje Natalii Siwiec, nie znaczy, że będzie w niezmienionej formie pasowało każdemu. Niby prosta wiedza, ale też trzeba ją ćwiczyć. 

Jestem zadowolona z każdej sekundy, jaką spędzam w tej szkole i bardzo ale to bardzo mi smutno, że już jutro czekają mnie ostatnie zajęcia. Po cichu liczę na to, że Natalia i Dominika z czasem przygotują kolejne części kursów doszkalających, jakieś kolejne stopnie wtajemniczenia... A tymczasem zapraszam Was na profil NA.LA Pro Academy na Facebooku: KLIK. Tam znajdziecie bieżące informacje o kursach i zdjęcia z zajęć :) 

Pamiętajcie też cały czas o zniżce na hasło "Sweet&Punchy" -10%. Powołując się na bloga możecie uzyskać rabat na kurs. :)

2014/10/23

Bomb Cosmetics - myjące masło pod prysznic Czarna Porzeczka


Jeśli jeszcze nie spotkaliście się z taką formułą produktu pielęgnacyjnego - spieszę Wam donieść, że to był również mój "pierwszy raz". Pewnego pięknego dnia wynalazłam na mintishop promocję -10% na kosmetyki Bomb Cosmetics - babeczki do kąpieli są super, więc postanowiłam pójść dalej. Uwielbiam Lusha więc stwierdziłam, że wypróbuję coś więcej ze ślicznego asortymentu BC.


Sam producent opisuje ten produkt jako czyścik o bogatej, maślanej konsystencji, który produkuje gęstą, pachnącą i nawilżającą piankę. Według obietnic skóra po myciu będzie miękka i odżywiona. Jakie jest moje zdanie?

Bardzo się polubiliśmy, tak bardzo, że w kolejce czeka już wersja czekoladowo-miętowa. A ja nie kupuję innych wersji produktów, z których jestem niezadowolona. Konsystencja jest ciekawa - mocno zbita, dla osób o dłuższych paznokciach może stanowić pewien problem. Ja z początku miałam na wannie drewnianą szpatułkę do wyciągania wszelkiej maści scrubów z pudełek więc radziłam sobie tym patyczkiem, ale w sumie palcami także idzie wydobyć masło z opakowania. 


Działam nim w następujący sposób: wybieram kawałek wielkości orzecha laskowego z opakowania, lekko rozsmarowuję w dłoniach a następnie masuję ciało. Masażowi towarzyszy przyjemny aromat, który jednak nie utrzymuje się niestety na skórze zbyt długo. Zapach jest słodko-owocowy, kojarzy mi się z jakimiś żelkami, galaretką - czymś w tym klimacie. Masło tworzy miłą pianę, nie powiedziałabym że jest jej dużo, ale jest mocno kremowa i niezwykle przyjemna. Uwaga - bałam się tego najbardziej - masło mimo nazwy nie jest tłuściochem. Wiecie, moje obawy dotyczyły tego, że jak tu się umyć czymś co ma w nazwie "masło" - przecież masło jest tłuste... Sądzę teraz, że to "masło" właśnie ze względu na stan skupienia i to topnienie w kontakcie ze skórą. Myje bowiem bardzo dobrze. Również bez problemu się spłukuje. Skóra rzeczywiście jest przyjemnie odżywiona, latem zdarzyło mi się nie posmarować po kąpieli skóry balsamem (od czego, ze względu na niebywałą wręcz twardość wody w moim regionie, nie robię przeważnie sobie wolnego) i przyznam szczerze - nie czułam niekomfortowego ściągania czy przesuszenia. 


Ma według mnie - podsumowując - dwie cechy które przez niektórych mogą zostać uznane za wady: krótkotrwały zapach i pewną trudność w wydobywaniu. Co do zapachu - ja nie narzekam, bo w 95% przypadków i tak używam po kąpieli balsamów/maseł do ciała. Co do wydobywania - można temu zaradzić szpatułką :) Za opakowanie wielkości 320g!!! które jest bardzo wydajne, zapłacimy bez promocji 39zł.

Jestem absolutnie zakochana w szacie graficznej tej marki - od cudnych babeczek do kąpieli, przez fikuśne kolorowe mydła, po produkty do ciała i pod prysznic w przypominających pudełka z lodami opakowaniach. Wszystko to sprawia, że jeszcze nie raz usłyszycie u mnie o tych kosmetykach.
Mam nadzieję, że czujecie się skuszeni bo tak właśnie miało być :)

2014/10/20

M·A·C Hity Bez Limitu: szminka Show Orchid


Powiem Wam z rozbrajającą szczerością - ale ten czas pędzi od poniedziałku do poniedziałku :)) Ledwie co pisałam Wam o moim ukochanym czarnym linerze Blacktrack Fluidline (KLIK) a tu już czas na kolejny nielimitowany hit. Tym razem postawiłam na to, co tygryski lubią najbardziej. I zapewniam Was, że będzie więcej postów o moich ukochanych szminkach bo choć ogólnie w świecie kosmetycznym wzbudzają przeróżne emocje - dla mnie szminki M·A·C są najlepsze na rynku w tym przedziale cenowym. O szczegółach dowiecie się za chwilę. Dodam tylko, że ogromnie ciężko było mi się zdecydować, którą z moich ulubionych pomadek pokazać Wam najpierw. Rozmyślałam, rozmyślałam, przebierałam, macałam, aż w końcu - naprawdę musicie mi uwierzyć to nie było łatwe - wybrałam dla Was Show Orchid.


Historia z Show Orchid jest taka, że do niedawna był to odcień PRO: sprzedawany tylko i wyłącznie w salonach z asortymentem PRO oraz na stronach oficjalnych mających w ofercie kosmetyki PRO. Jakiś czas temu M·A·C do stałej sprzedaży wprowadził kilka odcieni a wśród nich właśnie Show Orchid (oprócz niej do sprzedaży regularnej trafiły choćby Full Fuchsia, Violetta czy też przecudna Fusion Pink).

Szminka ma wykończenie Amplified. O wykończeniach słówko na koniec posta, tutaj napiszę jedynie, że jest to formuła łącząca ze sobą intensywny pigment i miłą niewysuszającą konsystencję. W przypadku Show Orchid dodatkowo mamy lekki fiołkowy błysk. Szminki z takim wykończeniem albo się kocha albo nienawidzi. W moim przypadku oczywiście ma miejsce to pierwsze - uwielbiam to jak wygląda na ustach i jakiej mocy dodaje w smutne pochmurne dni! Latem z kolei idealnie wpisuje się w neonowe trendy.




Show Orchid jest bardzo przyjazną w aplikacji szminką. Gładko sunie po powierzchni ust, równomiernie je koloryzując. Pigment jest intensywny, nie robi prześwitów. Ściera się z ust równo, nie zostawiając nieestetycznej otoczki. Trzyma się na mnie dłużej niż standardowe kremowe pomadki, chociaż pożerania śniadania ;) nie przeżyje w nienaruszonym stanie. Jednak lubię w tych szminkach to, że nawet po posiłku usta są lekko zabarwione. Nie jest to efekt tintu ale część pigmentu dość trwale zatrzymuje się na ustach.

To pierwsza ale nie ostatnia szminka jaką Wam pokazuję w tym cyklu, mam jeszcze kilka bez których nie wyobrażam sobie mojej toaletki. Jestem wielką maniaczką szminkową, mam już upatrzone dwie kolejne i naprawdę - czy to się leczy? :D 

Kilka słów o pomadkach M·A·C:

- Pomadki z regularnej kolekcji zawsze występują w czarnym matowym naboju, ze srebrnym napisem M·A·C na zatyczce i na wewnętrznym srebrnym opakowaniu. Każda posiada naklejkę z nazwą odcienia, rodzajem wykończenia, kodem. Mają lekki waniliowy zapach.

- Podobnie jak w przypadku cieni do powiek (KLIK) szminki występują w kilku wykończeniach: Amplified (również Amplified Creme, nie ma jasności co do tej nazwy wykończenia i jest mały bałagan) to mocny kolor, kremowe wykończenie; Cremesheen - tutaj mamy cały szereg rodzajów tak naprawdę, nadal charakteryzują się kremowością, ale niektóre będą bardziej napigmentowane, inne delikatniejsze, jedne będą miały leciutkie drobinki, inne całkowicie kremowe wykończenie, kiedyś nie przepadałam za nimi, teraz bardzo je lubię; Frost - perła, drobniutko zmielona, moim zdaniem nie daje taniego efektu a raczej dość elegancki, mam kilka szminek z tego wykończenia, które bardzo lubię; Glaze - mokre, żelowe wykończenie, z kolorem raczej tutaj szału nie ma, nie przepadam za nimi i chyba dlatego mam tylko jedną sztukę; Lustre - tu w odróżnieniu od cieni do powiek pod kategorią Lustre mamy bardzo fajnej jakości lekkie nawilżające szminki, o półtransparentnym wykończeniu, często z delikatnymi drobinkami, bardzo popularne wykończenie; Matte - nowa formuła matowych szminek to w zasadzie półmat, idealnie nakłada się na usta, kolor jest mocny, wyrazisty, efekt wow murowany; Retro Matte - to "starej daty" mocne suche matowe odcienie, na pewno bardziej suche i tępe niż nowa formuła matów, ale mają swoich zwolenników; Satin - satynki są bardzo przyjemną formułą, ponownie coś między kremową a matową konsystencją, wiadomo, będą się zawsze różnić między sobą poszczególne kolory, mam kilka i lubię. Jedną planuję Wam nawet kiedyś przedstawić w tej serii :)

- Szminki z regularnej kolekcji można brać w ramach akcji Back 2 M·A·C - czyli za 6 pustych opakowań (plastikowych i szklanych, tych w których "siedzą" kosmetyki aż ich nie zużyjemy - butle po podkładach, puste tubki, słoiczki, plastikowe pudełka po cieniu itp.) po kosmetykach M·A·C możemy wybrać z regularnej oferty szminkę. Przy kasie Pani zabierze dla siebie kartonik z tej wybranej przez nas w ramach akcji szminki - w celach jak mniemam jakiegoś dokumentowania akcji, a nam da sam nabój - nie stresujcie się, to normalna procedura.

- Niektórzy lubią szminki wybebeszać i pakować je do pudełek (na przykład takich na lekarstwa, zamykanych i szczelnych itp.) ale dla mnie to trochę świętokradztwo ;) Żart oczywiście, ale osobiście lubię nosić ze sobą szminki w celach poprawkowych więc u mnie taka opcja odpada ;) Czasem M·A·C oferuje gotowe palety szminek - mamy najczęściej wtedy 6 odcieni w jednej palecie. Fajne rozwiązanie kiedy malujemy kogoś :) Planuję się zaopatrzyć w jedną na próbę.

Jak zawsze w przypadku tej serii i nie tylko, zachęcam do zadawania pytań wszelakich, jeśli macie jakieś wątpliwości, chcecie zasięgnąć porady itp - zapraszam na maila i na Fanpage bloga na FB.

2014/10/17

Bąki Małpy od Craft & Beauty


Dzisiaj post trochę nietypowy. Zaczęła się jesień, i o ile latem sporadycznie sięgam po zapachowe umilacze (wiadomo, gorąco, duszno itp.) o tyle jesienią to już inna bajka. Uwielbiam dla relaksu odpalić kominek zapachowy. Zarówno jego przyjemny blask jak i aromat wosku opanowujący całe wnętrze domu sprawiają, że momentalnie robi mi się błogo. Jakiś czas temu dopadła mnie woskomania i szalałam z Yankee. Ponieważ jednak czasem lubię eksperymenty (no dobra, zawsze lubię eksperymenty) to kiedy tylko dowiedziałam się, że dziewczyny z Craft&Beauty poszerzają swój asortyment o woski zapachowe - zamówiłam kilka na próbę. Co z tego wynikło?? Dużo, dużo przyjemności. 


Słowem przydługawego wstępu powiem Wam o tych woskach ogólnie. Oto, co piszą o swoich kosmetycznych rękodziełach dziewczyny:

"Ręcznie wykonane woski zapachowe do pomieszczeń. Polska odpowiedź na woski YC ;)

Woski nie tracą swej objętości podczas spalania, bardzo łatwo odchodzą od miseczki w kominku, nie kruszą się, bardzo długo pachną (ok 10 godzin w formie płynnej), wielokrotnego użytku." [KLIK]



A co myślę o nich ja? U-WIEL-BIAM. Nie twierdzę, że YC są złe, mam ich ogromne zapasy i bardzo lubię. Ale woski od dziewczyn z Craft&Beauty są rewelacyjne. Nie palę nigdy całego wosku, przeważnie sięgam po 1/3 i taka porcja uwalnia zapach aż do czasu zgaśnięcia świeczki. I przez cały czas palenia jest on równie intensywny. Ponadto, co w przypadku YC mi się nie zdarzyło, wosk Craft&Beauty można zapalić ponownie i on znów będzie pachniał. Może nie tak intensywnie jak za pierwszym razem, jednak nadal dosyć wyczuwalnie. Kolejną rzeczą jest kwestia wydobywania zaschniętego wosku z miseczki.. To naprawdę działa! Nie muszę już męczyć się ze zdrapywaniem resztek (taaak, znam metodę na chusteczkę, ale jakoś rzadko kiedy pamiętam żeby po zgaszeniu pozbyć się tak gorącego wosku) - podważam leciutko i z miseczki odchodzi elegancki krążek wosku, który można schować do woreczka i zostawić na później. Na koniec zostawiam cenę. 5,15 zł a czasem można upolować je taniej. To taniej niż YC czyli przystępniej. Ja tak właśnie ostatnio uzupełniłam zapas moich ukochanych Bąków Małpy w cenie bodajże 4 zł z groszami/sztukę. I tu przechodzimy do meritum. 


Czapki z głów za nazwę tego wosku! Już sama ona bowiem zachęca niesamowicie do wypróbowania zapachu. Pomysłowe, chwytliwe, marketingowo rewelacyjne zagranie :) Bąki Małpy lub Małpie Bąki - pierwsza myśl "O mamo, będzie smrodek??" a potem czytamy, że to "zapach obiadu małp… :P Aromat bananów, grejfruta, mango, kiwi wymieszanych z jagodami i kokosem!" i po takim opisie ślina cieknie a my odpalamy wosk i przenosimy się do zapachowego raju!

Mój nos czuje głównie banana z delikatnym kokosem i bliżej niezidentyfikowany rześki cytrusowy akcent. Nie jest to absolutnie wosk, który kręci w głowie czy mdli. Naprawdę przywodzi na myśl cudownie tropikalny koktajl. Pamiętam jak pierwszy raz poczułam zapach tego wosku na spotkaniu blogerów Secrets Of Beauty... Pachniało w całej sali, tak apetycznie i przyjemnie... Strzeliłam z zapachem od razu bo wcześniej czytałam opisy poszczególnych wosków (TUTAJ) i zgadłam bez problemu. :) 


Polecam go tym z Was, którzy lubią palić woski i którym owocowe zapachy odpowiadają tak jak mi. Nadchodzi zima, więc miło będzie poczuć odrobinę Karaibów kiedy za oknem będzie szaleć śnieżyca. Polecam również dlatego, że fajnie jest wspierać "naszych" - cieszę się, bo Margareta i Patrycja robią to, co lubią i robią to dobrze!
Zerknijcie na DaWanda (KLIK) i zobaczcie resztę asortymentu dziewczyn. Kilka innych produktów również wypróbowałam i jeśli będziecie ciekawi - z chęcią pokażę je na blogu.

2014/10/13

M·A·C Hity bez limitu: Blacktrack Fluidline


Dzisiaj w cyklu o nielimitowanych produktach M·A·C przychodzę do Was z kolejnym kosmetykiem, bez którego nie wyobrażam sobie makijażu. I zapewne wiele z Was również nie widzi innej opcji - bo czarny liner to dla wielu konieczność. Jedni wybierają czarną kreskę jako jedyne upiększenie oka, inni używają jej do wykończenia fantazyjnych makijaży, jeszcze inni nadają oku wyrazistości i spójności wykańczając codzienny look cienką czarną linią. Wszystkim, którzy bez kreski nie ruszą się z domu - polecam dzisiejszy krótki post. O moich poprzednich typach: pigmencie Vanilla i cieniu do powiek Copperplate, którego używam do brwi, możecie poczytać TU i TU.

Jak widzicie, moja sztuka jest już mocno wyświechtana. Przyznam się Wam od razu. Mój liner ma na pewno ponad 2 lata, ile dokładnie nie jestem w stanie powiedzieć, ale najwcześniejszy makijaż z jego użyciem jaki mam zapisany na dysku pochodzi jeszcze z 2012r. Jego powierzchnia jest już nieźle przeorana ale sam liner nadal ma się nieźle. Nie jest jeszcze mocno wysuszony, choć zdaję sobie sprawę, że pierwszej świeżości też już nie jest a w dodatku źle zaczęłam go używać. Moje pozostałe Fluidline'y (a mam ich na dzisiaj 22 sztuki) starałam się już używać nabierając produkt z jednego miejsca - nie naruszając całej powierzchni tylko napoczynając w jednym miejscu.

Blacktrack to klasyczna, matowa czerń o rewelacyjnej pigmentacji. Gładko sunie po powiece, nie robi prześwitów, nie maże się. Najważniejsze jednak dla mnie, jako dla posiadaczki mocno tłustych powiek i oczu z opadającą powieką jest to, że liner ten nie odbija się. Jest pod tym względem jak dotąd niezawodny. Jest niesamowicie wydajny.


Ta czerń jest niezastąpiona i mam mnóstwo makijaży, w których była po prostu kropką nad I. 




Biorąc pod uwagę, że czerń to najczęściej używany przeze mnie liner, zarówno na mnie jak i na innych - inwestycja ta jest warta swojej ceny. Wiem, że 74zł to dla niektórych sporo, jednak bywają i sporo droższe linery, jak choćby popularne Bobbi Brown. Jeśli o mnie chodzi, wiem, że jak tylko zauważę w nim jakieś zmiany w konsystencji czy działaniu wymienię mój słoiczek na świeży i nadal będę się cieszyć jego niezawodnością.

Co wypada wiedzieć o linerach Fluidline?

- kupujemy je w okrągłym słoiczku 3g z czarnym wieczkiem bez pędzelka!!! Fluidline nigdy nie wystąpił w innym opakowaniu. Jeśli już mamy do czynienia z jakąś limitowaną edycją to zwykle logo M·A·C ma inny kolor. Tak więc jeśli znajdziecie na portalach aukcyjnych tanie "Fluidline" w kwadratowym opakowaniu lub wersje z mini pędzelkami - wiedzcie, że coś się dzieje! ;)

- to produkt żelowy, którego zadaniem jest narysować trwałą szybko zasychającą kreskę. Dlatego zostawiony samopas w trakcie malowania będzie miał tendencję do szybkiego wysychania w słoiczku. Żeby nic nam się nie ulatniało i nie zasychało, warto w trakcie malowania odkładać go do góry dnem, W ten sposób trzymamy go zakrytego więc nie wysycha i nie dostaje się do niego powietrze. Ja ten nawyk wyrobiłam u siebie bez problemu (podobnie rzecz się ma z Paint Potami). Gdzieś czytałam, że również warto je przechowywać naklejką do góry. Z braku miejsca na moje 22 słoiczki przechowuję je bokiem i nie zaobserwowałam żadnych problemów.

- występuje w kilku wykończeniach od totalnie matowych (Blacktrack, Waveline) przez perłowe (Macroviolet, Rich Ground) do mocno błyszczących (limitowany Deliciously Rich lub Copperthorn). Najmocniej kryją maty, z perłowymi i brokatowymi trzeba się odrobinę namęczyć jednak efekt jest fenomenalny i choć nie cieszą się one szczególnym upodobaniem w necie to osobiście bardzo lubię te błyskotki.

2014/10/11

NA.LA Pro Academy odsłona 5 i jeszcze nie ostatnia!


Jak to mówią, wszystko co dobre szybko się kończy, przyszło mi więc zaprezentować Wam wpis o ostatnich dwóch zajęciach z podstawowego kursu w NA.LA Pro Academy. Ostatnich z podstawowego kursu, ale nie ostatnich w ogóle, bo udało się utworzyć grupę niedzielną na doszkalający kurs Expert i już niebawem napiszę Wam i o nim co nieco.

Poprzednie relacje:
Część 1: trochę teorii i pierwsze ćwiczenia KLIK
Część 2: skomplikowane i mniej skomplikowane looki KLIK
Część 3: zoom na kreski i usta KLIK 
Część 4: makijaż kobiety 40+ oraz makijaż smokey eye KLIK

Na przedostatnich zajęciach robiłyśmy na modelkach looki z gazet. Niby nic. Ot, odwzorowanie makijażu, który na pierwszy rzut oka nie wydawał się wcale skomplikowany. Najczęściej były to kreski, ładnie zrobiona skóra. Miałyśmy patrzeć na każdy szczegół i zanalizować look: jakie  modelka ma brwi, jaką skórę, jakie usta i jak przeniosłybyśmy to na nasze dziewczyny. Niestety, gdzieś mi wcięło zdjęcia z tych zajęć i za dużo nie mam, ale mogę Wam pokazać efekt końcowy mojej pracy. Mój look, choć z pozoru prosty, był chyba jednym z trudniejszych bo oprócz kreski linerem na górnej i dolnej powiece miałam zrobić dość nietypowe cieniowanie, taką jakby falę na środku powieki... Ileż ja się namęczyłam! :D Ostatecznie i tak na zdjęciach dopatrzyłam się kilku nierówności, ale ogólnie Asia w makijażu prezentowała się super! Jak się później okazało, te umiejętności miały mi się jeszcze przydać :) 





Modelka: Asia Kotarska
Foto: Jakub Zazula Jakub Zazula Fotografuje

Ostatnie zajęcia zaś polegały na krótkim zaprezentowaniu tematyki makijażu ślubnego (o wywiadzie z przyszłą PMką, o tym, na co zwracać uwagę, o trikach) a ponieważ makijaże idealne na śluby robiłyśmy już na zajęciach na samym początku to tym razem dostałyśmy zadanie nie odtwórcze a bardzo kreatywne. Miałyśmy bowiem na wybranej przez nas modelce stworzyć makijaż od A do Z. A następnie odwiedziła nas fotograf Adela Surowiecka i sfotografowała nasze prace. Moją modelką zgodziła się być Maja (prowadząca blog Kosmetyczny Kuferek Burn) i tym sposobem miałyśmy sporo dobrej zabawy :)




Modelka: Maja Adamczyk 
Foto: Adela Surowiecka (KLIK)

I w końcu, tydzień później, przyszedł czas na egzamin! Dawno żadnego nie zdawałam, więc stres był, ale udało się go pokonać i zdałam na 5! :))) Jak to wyglądało? Miałyśmy 2 godziny na odtworzenie wylosowanego przez nas makijażu na modelce. Po tych dwóch godzinach naszym zadaniem było zaprezentować makijaż Natalii i Dominice, opowiedzieć o nim, a także odpowiedzieć na losowe trzy teoretyczne pytania. Dziewczyny analizowały po kolei wszystkie aspekty makijażu, takie jak brwi, blendowanie, kreskę, cerę, róż, usta itp. Ja z mojego looku, przyznam otwarcie, byłam i nadal jestem bardzo zadowolona, ale cóż innego mogło mi wyjść na Karolinie?? 




Mam nadzieję, że nie zanudzę Was na śmierć, jeśli opowiem Wam za tydzień i o tym bardziej zaawansowanym doszkalającym kursie? Ja częścią podstawową jestem ZACHWYCONA i z czystym sumieniem gorąco polecam - gdybyście były z okolic i chciały się podszkolić i zyskać pędzlowej pewności siebie - zapiszcie się do Natalii a nie będziecie żałować. Wiem, wiem, że to brzmi jak hasło reklamowe ale co więcej powiedzieć - sądzę, że z każdym kolejnym kursem dziewczyny będą nabierały jeszcze większej wprawy w uczeniu i będą na pewno modyfikowały program tak, żeby był JESZCZE lepszy! Mi ten kurs dał bardzo, bardzo dużo. Pewność siebie, chęć eksperymentów, nowe spojrzenie na kilka produktów i technik. 

Jeśli jesteście zainteresowani takim kursem, to teraz lub w przyszłości, na hasło "SWEET & PUNCHY" zawarte w zapytaniu do Natalii otrzymacie 10% zniżki na cały kurs! 
Natalię znajdziecie tu:

Jutro wyruszam znowu do Wrocławia na kolejne zajęcia, a teraz zmykam się relaksować :) Miłego wieczoru!