2014/08/28

NA.LA PRO Academy odsłona 3



Powiem Wam, że czas pędzi tak szybko, że już półmetek kursu podstawowego dawno za nami! Z małym opóźnieniem melduję Wam co działo się na zajęciach nr 5 i 6 (miałyśmy w międzyczasie dwa weekendy przerwy). Dla przypomnienia podaję linki do poprzednich części relacji :)

TUTAJ poczytacie o wprowadzeniu i początkach.
TUTAJ o pierwszych poważnych wyzwaniach.

Dzisiaj natomiast krótkie przybliżenie tematów z dwóch kolejnych zjazdów :) W rolach głównych: kreski i usta! Działo się, oj działo! 

Zajęcia pt "wszystko co powinnaś wiedzieć o kreskach ale nie miał Ci kto wytłumaczyć" odbyły się jeszcze w starej siedzibie, dlatego chwilę potrzymam Was w niepewności ;) Formuła tych zajęć była trochę inna niż poprzednich ponieważ skupiałyśmy się na konkretnym elemencie makijażu (kreska). Najpierw nastąpiła część teoretyczna w trakcie której miałyśmy okazję podpatrzeć jakimi technikami wykonują kreski nasze belferki ;) Każda ma bowiem swój sposób na zrobienie perfekcyjnej krechy i było to świetnym sposobem aby poszerzyć nieco makijażowe horyzonty A tak naprawdę to z kreską jest trochę tak jak z rosołem - ile nas gotujących, tyle przepisów ;)




Następnie nadszedł czas na wyrobienie ręki ;) Miałam Wam napisać o mojej cudnej modelce i napiszę, ale niestety ze względu na małe zawirowania w tym kto kogo malować miał nie miałam okazji poćwiczyć na jej pięknych oczach - Aga Czarna Ines jeszcze raz dziękuję, że przyszłaś :*** Modelki nasze w wersji saute zmieniały się nam na krzesełkach rotacyjnie niczym w tzw. speed dating. Określony czas na zrobienie kresek - demakijaż - zmieniamy miejsce. I tak kilka razy! :) Miałyśmy dzięki temu okazję poćwiczyć robienie kresek, kreseczek i dziwacznych krech na wielu różnych typach oka. Super! Czasu było niewiele, więc dokumentacja zdjęciowa uboga ;)





Kolejne zajęcia to przyznam szczerze coś, na co bardzo czekałam. Wiecie, że jestem wielką fanką malowania ust we wszystkich kolorach tęczy i nie tylko ;) o czym za chwilę Wam powiem. Ale najpierw - TADAM - nowa miejscówka! Jeśli poprzednia była klimatyczna  to nowe miejsce, do którego NA.LA Pro Academy się przeniosło jest po prostu magiczne! W starym industrialnym budownictwie - nie dajcie się zwieść pozorom - znajduje się świetnie urządzona siedziba wraz z pokojami do pracy, poczekalnią, kuchenką i toaletą. Dziewczyny tchnęły życie w te klimatyczne mury i jest tam tak, że mogłabym zamieszkać i pilnować ;) 







Prawda, że pięknie??? Ja nie mogę się napatrzeć! Ale nie od patrzenia tam jesteśmy :) To znaczy, od patrzenia też, ale przede wszystkim od malowania! Tak więc malowanie ust. Dotychczas raczej uparcie używałam do ust ... pędzelków przeznaczonych do tego celu ;) O jakże ja byłam ograniczona!!! Dzięki tym zajęciom otwarłam się na nowe możliwości, jakie daje używanie... wszystkiego co wpadnie w łapki przy wykonywaniu makijażu. W ruch poszło chyba pięć różnych pędzli! W tym skośny do brwi czy też płaski syntetyk, którego wcześniej bardzo sporadycznie używałam do nakładania cieni w kremie. Najpierw Natalia zrobiła dla nas pokazowy makijaż ust - oczywiście nie ominęłabym takiej szansy i ochoczo podstawiłam swoje. NIGDY nie miałam tak cudownie, równo, perfekcyjnie pomalowanych ust!!! Jestem totalnie kupiona. Niestety, selfie moją hybrydą wychodzą mocno średnie...



A następnie, podobnie jak w przypadku zajęć z kreski, przybyły nasze modelki i miałyśmy za zadanie malować ich piękne usta jak najlepiej i jak najdokładniej, pod czujnym okiem naszych mistrzyń :)) Ale najpierw, żeby było widać wszystkie mankamenty i niedociągnięcia, zamiast pięknych czerwieni, radosnych fuksji czy spokojnych róży do rąk dostałyśmy... czarny eyeliner rozmieszany z odrobiną wody. HA! Wiedziałam, że nie będzie łatwo ;)





Następnie pod moje pędzelki trafiła Karola - jej uroda w stylu Maryllin aż się prosi o soczystą czerwień więc poszalałyśmy :) 



A później miałam okazję umalować usta naszej pani wykładowczyni :)) Bałam się malować usta samej Domi, ale okazało się, że było to bezbolesne doświadczenie - fajne bo modelka doskonale wiedziała co gdzie i jak poprawić, żeby było blisko perfekcji :) 


Te zajęcia (choć w przypadku zajęć z kreską miałam mały kryzys tożsamości) dały mi bardzo dużo! To "niby" tylko kreska i tylko usta, ale zrobienie ich perfekcyjnie to tak naprawdę klucz do sukcesu! 

Pamiętajcie też, że jeśli kusi Was taki kurs - u Natalii jesteście mile widziani! 

Przypominam wszystkim zainteresowanym teraz lub w przyszłości, że na hasło "SWEET & PUNCHY" zawarte w zapytaniu do Natalii otrzymacie 10% zniżki na cały kurs! 
Jeśli chcecie pooglądać Natalii prace, zdjęcia z zajęć itp - zapraszam Was do jej miejsc w sieci:

A ja przesyłam całusy nieumalowanymi ustami - ciężko przeżywam psychicznie remont jaki ma miejsce właśnie u mnie w domu, nie znoszę remontów, wysysają ze mnie energię... Brrr. 

Tymczasem po niedzieli, tym razem w trybie przyspieszonym, kolejna podwójna relacja z moich zmagań z wizażem :))) Jesteście ciekawi? Będzie jeszcze bardziej intrygująco!

2014/08/24

Avene Cleanance Solaire 30SPF Dry Touch


Lato pomału przeistacza się we wczesną jesień (nie wiem, coś takiego czuć już w powietrzu a dodatkowo zaczynam pomału zerkać na stonowane i bure odcienie w makijażu) ale dni nadal mamy słoneczne i ciepłe. A dodatkowo, dla niektórych sezon urlopowy dopiero się zaczyna. Dlatego postanowiłam napisać Wam notkę o filtrze, który jakiś czas temu dostałam od Avene.


Opakowanie jest bardzo wygodne - tubka z pompką. Lekkie co sprawia, że nie przeciąży bagażu czy plażowej torby, miękkie - nie zbije się ani nie popęka w trakcie wakacyjnych wojaży. Pompka działa bez zarzutu - jedna porcja to trochę mało, zważywszy na dość dziwną konsystencję kremu, o której za chwilę. Tak więc na jeden razu zużywam dwie. 

Jeśli chodzi o sam krem - wizualnie wydaje się być treściwy i bogaty w konsystencji. Rozsmarowuje się z łatwością ale niesamowicie szybko się wchłania i praktycznie po dosłownie paru sekundach od rozsmarowania nie ma śladu po tłustości. W ogóle nie ma żadnego śladu po kremie - skóra nie jest nienaturalnie niebiesko-fioletowa, nie błyszczy. Mamy za to świetny mat i leciutko odżywioną skórę. I wiem, to brzmi dziwnie, ale to nie czary. Powiem Wam szczerze, że to zawsze był pierwszy czynnik zniechęcający mnie do używania filtrów - to, że kremy z wysokim faktorem zawsze kojarzyły mi się z ciężkością. Tutaj absolutnie nic takiego się nie odczuwam. Jest to krem, który z radością zabrałabym ze sobą na wakacje (niestety, w tym roku pewnie już się nigdzie nie wybiorę ze względu na wydatki remontowe, ale być może będzie miał szansę się wykazać na początku przyszłego roku) właśnie dlatego, że wchłania się momentalnie i nie czuję po nim obciążenia skóry. Krem nie spowodował u mnie pojawienia się krostek czy zaskórników.


Czy jest jakiś minus? Ja znajduję w nim jeden, ale też nie mam mu tego do końca za złe. W opisie kremu jest zaznaczone, że ze spokojem mogą go używać posiadaczki cery trądzikowej (tu ze względu na jego lekkość i stopień wchłaniania całkowicie się zgadzam) a także każdej cery w przypadku ekspozycji na słońce. Dla mojej suchej w kierunku mieszanej cery ten krem jako jedyna codzienna pielęgnacja jest zbyt mało nawilżający. Jednak biorąc pod uwagę fakt, że jego głównym zadaniem jest ochrona przed silnym słońcem to spokojnie można zaryzykować stwierdzenie, że w upalne dni kiedy skóra pracuje ten krem spełnia swoje zadanie i dodatkowo wystarcza jako część pielęgnacyjna. Niemniej dla skór ekstremalnie suchych może być zbyt słabo nawilżający. 


Czy polecam ten krem? Jeśli szukacie świetnego filtra na wakacyjne wojaże - jak najbardziej polecam! Sądzę, że on obroni się nawet nałożony solo, bez podkładu lub tylko z lekkim kremem tonującym lub BB/CC (w zależności od kondycji cery) - ja na wakacjach daję sobie luz i ograniczam makijaż do minimum. Dlatego ten filtr na pewno znajdzie swoje miejsce w walizce, bo nie natłuści skóry i nie przeciąży jej. Na co dzień jednak preferuję kremy bardziej treściwe, kiedy dodatkowo mają wyższy faktor to już w ogóle bajka. Bo choć nie jestem filtrowym świrem, to jednak fajnie kiedy nasz ulubiony krem dodatkowo chroni :) 

A Wy macie jakieś swoje sprawdzone filtry? Podzielcie się swoimi typami :)

2014/08/17

M·A·C Kelly & Sharon Osbourne - letnia limitowana edycja


Kolekcje powstałe w wyniku współpracy M·A·C z celebrytami zawsze budzą moją ciekawość. Czy kolory będą uniwersalne, co z formułami, a przede wszystkim w jaki sposób ekipa M·A·C odda charakter danej osoby, czy trafi w moje o niej wyobrażenie. Sharon i Kelly są mi znane przede wszystkim jako żona i córka Ozziego, którego muzyka leciała u mnie w domu regularnie jeszcze kiedy byłam mała. Same postaci miałam potem okazję obejrzeć kilka razy w jakimś programie na VIVIE (czy innej "pseudomuzycznej" telewizji), który przedstawiał szalone życie tej postrzelonej rodzinki ;) Czego się spodziewałam? Wydaje mi się, że dokładnie tego, co M·A·C wyczarował w tej współpracy. 

Sharon i Kelly to jakby dwa przeciwne bieguny. Sharon zawsze wydawała mi się bardzo spokojną wyważoną kobietą (na tyle, na ile okoliczności życie jej na to pozwalały ;) ). Kelly z kolei na głowie miała wszystko, od mocnego makijażu nie stroniła (pomijając, że czasem eksperymenty wychodziły średnio) i zawsze kojarzyła mi się z taką pozytywną wariatką. Dlatego sądzę, że obie części kolekcji są zrobione dobrze - oddają moje wyobrażenia o obu paniach i tworzą jednocześnie kosmetyczne odbicie matki i córki nazwiskiem Osbourne. 


Pierwsza partia produktów przyleciała do mnie od M·A·Cowych dziewczyn, na kolejne dwie rzeczy skusiłam się w sklepie online, bo stacjonarnie kolekcja dostępna jest tylko w salonach w Złotych Tarasach i Galerii Mokotów.

Podwójny puder do twarzy z linii Sharon - Refresh to bronzer połączony z częścią rozświetlającą. Partia brązująca nie jest mocno pomarańczowa, przynajmniej na mojej skórze. Czy odjęłabym z niego jeszcze trochę pomarańczu? Pewnie tak, ale to dlatego, że nadal na rynku brakuje mi takich totalnie neutralnych / chłodniejszych bronzerów. Niemniej nie jest tutaj najgorzej. Natomiast absolutna miłość zaczyna się tam, gdzie bronzer się kończy. Rozświetlacz jest prze-cud-ny! Karen z bloga Makeup And Beauty blog wiele by oddała za pełne opakowanie tego rozświetlacza, kto czyta i lubi Karen ten będzie zdziwiony CO by oddała ;) Produkt ten przypomina w konsystencji stary dobry (bo aktualnie formuła uległa "tuningowi" który ani trochę mi się nie podoba) Soft & Gentle. Uwielbiam i coś czuję, że ta odrobinka szybko się skończy...


Każda część pudru Refresh osobno prezentuje się następująco: 

 Natomiast nałożone pędzlem (tym ze zdjęcia powyżej) obydwa produkty prezentują się bardzo subtelnie:


Kolejnym produktem jaki bardzo chciałam mieć z tej kolekcji to róż Cheeky Bugger z linii Kelly. Mam słabość do koralowych róży i to chyba się nigdy nie zmieni. Odrobina nerwówki przy zamawianiu (produkty chodliwe na stronie znikają w tempie ekspresowym), drugie tyle przy akcji z kurierem i w końcu doleciał! Cheeky Bugger  jest opisany jako "brzoskwiniowo-brązowy" niemniej dla mnie to różowy koral. Odcień jest bardzo delikatny, dziewczęcy. Opisany jest jako satyna, efekt tej charakterystycznej dla satyny poświaty jest niewielki za to róż usłany jest mikroskopijnymi drobinkami,, które nie są bardzo nachalne ale ładnie ożywiają lico. 



Na swatchu wygląda bardzo delikatnie, dużym problemem było dla mnie uchwycenie jego uroku. 


I na koniec produkty do ust. Błyszczyk Pussywillow to na pierwszy rzut oka nie mój odcień. Jednak jak na delikatesy jest dość unikatowy - w przezroczystej bazie mamy dosłownie miliardy drobniuteńkich błyskotek w odcieniach różu, pomarańczu i zieleni. Całość jest bardzo intrygująca, przyznam, że zdarzyło mi się nałożyć go na usta solo i dał sobie radę. Jak na klasycznego lipglassa przystało błyszczyk jest dość konkretny w konsystencji, gęsty, trochę klejący ale jako posiadaczka krótkich włosów nie narzekam ;) Tradycyjnie też pozostawia usta odżywione i nawilżone a do tego pięknie pachnie :))) 

Szminka Kelly Yum-Yum to wariacja na temat słynnej Candy Yum-Yum. Candy Yum-Yum jest szminką kultową choć ze względu na jej mocno dający po oczach odcień i niezbyt chętnie współpracującą formułę sięgam po nią w wyjątkowych sytuacjach. Kelly Yum-Yum jest cieplejszą, bardziej stonowaną wersją słynnego neona w dodatku w wykończeniu satynowym. Nie dość, że dużo łatwiej się nią operuje, to jeszcze jest zdecydowanie bardziej wyrozumiała dla wszelkich suchych skórek. Odcień tej szminki jest odrobinkę bardziej spokojny, choć nadal jest wyrazista :) A do tego to bajeranckie fioletowe opakowanie!


Swatche obu produktów: 


Szminka Kelly Yum-Yum na ustach:


I porównanie z Candy Yum-Yum. Na górnej wardze - Kelly, na dolnej Candy. Widać różnicę zarówno w konsystencji jak i odcieniu :)


Jako ciekawostka - swatche podobnych szminek M·A·C:

 Sheen Supreme Lust, Candy Yum-Yum, Kelly Yum-Yum, Quick Sizzle

Ostatnim produktem jest konturówka. M·A·Cowe konturówki darzę dużą sympatią bo są miękkie, trwałe i mają piękne odcienie. W dodatku akurat Lip Pencile od  M·A·C nie wysuszają ust - jeśli traficie na jakiś pasujący Wam odcień, można stosować go solo. Ja w ten sposób użyłam właśnie Cranberry - dzięki czemu kolor na moich ustach trzymał się dłużej niż w przypadku standardowej szminki. Cranberry to odcień, który będzie perfekcyjny na nadchodzącą jesień - pod szminki o brązowo-fioletowych tonach. Opisany jako miękki żółty róż (ekhm) jest dla mnie wyjątkowo naturalny, spokojny.



Na ustach prezentuje się przepięknie i klasycznie, z pewnością będzie moim hitem tej jesieni!


Makijaż, w którym użyłam szminki Kelly Yum-Yum dodatkowo z błyszczykiem Cremesheen z limitowanej świątecznej edycji z zeszłego roku o wdzięcznej nazwie Call Me Gorgeous. ;)  Do tego na policzkach bardzo delikatnie widać róż Cheeky Bugger. Minka trochę zmęczona, ale to było w niedzielę o 7 rano - przed wyjazdem na kurs ;) Mogłam być na wpół przytomna ;)


Tak czy inaczej, cała kolekcja bardzo mi się podoba - zarówno zawartość jak i opakowania. Podoba mi się, bo w zgrabny sposób tworzy pomost między kolorowym letnim sezonem a jesienią, która już wisi w powietrzu. Jesień przybywa do mnie zawsze z mocnymi odcieniami szminek, i kuszącymi eleganckimi kolorami na paznokciach. Trochę nie mogę się już doczekać :)))

2014/08/09

China Glaze Off Shore - Sun Upon My Skin


Po długich miesiącach niepewności, lakiery China Glaze wróciły do Polski! Ja w moje niezmiennie zaopatruję się w sklepie Alphanailstylist (KLIK) i zawsze będę polecała to miejsce - raz, że wybór mają świetny, kontakt z klientem bezproblemowy i szybko realizują zamówienia. Tym razem jak widzicie na zdjęciu powyżej, zakupiłam sporo - całą kolekcję Off Shore i połowę City Flourish. Chinki nie każdy lubi, ale ja akurat je ubóstwiam, więc wiem, że będą mi służyły długo a z tymi kolorami nie wynudzę się :) 

China Glaze Sun Upon My Skin to śliczny słoneczny żółty, który bardzo ładnie wygląda na paznokciach i idealnie współgra z tonacją mojej skóry, bo jak wiadomo, z żółtkami różnie bywa. Jedynym jego mankamentem jak dla mnie jest to, że dla uzyskania pełnego krycia należy niestety nałożyć trzy warstwy. Wiecie, że nie lubię tego robić ale w przypadku tego odcienia musiałam. Rekompensatą jest fakt, że poszczególne warstwy schną bardzo szybko. No i całość prezentuje się bardzo wakacyjnie :)






Wiem, że wiele z Was nie jest zwolennikami tego typu odcieni na paznokciach, z różnych względów, co rozumiem oczywiście. Niemniej mnie Sun Upon My Skin zauroczył - z radością będę po niego sięgać częściej. A Wy jakie kolory lubicie latem? Zdarza się Wam sięgać po bardziej szalone czy pozostajecie, jak to mawia mój znajomy, przy "agresywnych beżach"? :))

2014/08/03

Douglas EYES In Love With... 25

Przybywam dzisiaj z notką krótką ale za to o bardzo ciekawym produkcie. Często z coraz większym sukcesem daję szanse produktom z Sephory - tym do makijażu i nie tylko. Postanowiłam jakiś czas temu wypróbować także te spod szyldu Douglas'a. Lakiery, choć piękne, na moich paznokciach zachowują się bardzo przeciętnie. Szkoda, bo niektóre odcienie są interesujące. Ale ja nie o tym. Pojedyncze cienie do powiek kosztują około 30-35zł i naprawdę moim zdaniem warto się skusić, zwłaszcza na ten odcień, który dzisiaj zaprezentuję.
Numer 25 to rewelacyjnie napigmentowany brąz z masą shimmeru w różnych odcieniach - widzę tu przewagę srebra, odrobinę złota i miedzi. To odcień dość niestandardowy ale perfekcyjny zarówno do stosowania solo jak i do łączenia ze wszystkim, co nam tylko do głów przyjdzie. Lubię w nim to, że w zależności od pędzla można nim uzyskać mocne krycie lub lekki dymek, i w zasadzie jednym cieniem możemy zrobić pełen makijaż oka. Jednocześnie cień nie sprawia problemów, jest wyrazisty, nie robi prześwitów i trzyma się na bazie do momentu zmycia. Poniżej widzicie cień w świetle słonecznym, dziennym i sztucznym.


Makijaż numer jeden, w którym na całą powiekę położyłam cień Douglasowy, a granice roztarłam złotkiem z MAC (chyba Gorgeous Gold ale nie dam sobie ręki uciąć). Tutaj cień dość solidnie nabudowałam, wciskając go niemal w powiekę, a roztarłam tylko granice.





A tu jeden "wiekowszy" makeup (nie patrzcie na brwi...i oklaski, każdy spojrzał, wiem wiem, ale to były starsze czasy, nie mam nic na swoje usprawiedliwienie). Od wewnętrznego kącika nałożyłam wypiekany złoty cień Glazel a połyskująca złota kreska została zrobiona linerem Superslick w odcieniu Cockiness. Ten makeup to z kolei cień w wersji delikatniejszej - mocniej roztartej, nie tak bardzo wklepanej. 


Jako mały bonus dorzucam swatche dwóch innych cieni, jakie posiadam z Douglasa - dzięki Marcie z bloga sauria80world. :* Ten bardziej migotliwy to Poseidon's Pacific a ten satynowy turkus to Magic Mermaid. Poseidon's Pacific nie jest zbyt mocno napigmentowany ale jego urokiem są te wielowymiarowe drobiny, może niezbyt widoczne na zdjęciu. Muszę kiedyś wypróbować go na kleju do brokatu bo sądzę, że da wtedy oszałamiający efekt. 


Znacie cienie z Douglasa? Macie jakieś ulubione odcienie? Mi przypadły do gustu i wiem, że jest spory wybór odcieni, wśród których każdy znajdzie coś dla siebie. Dajcie znać co o nich myślicie!