2014/10/23

Bomb Cosmetics - myjące masło pod prysznic Czarna Porzeczka


Jeśli jeszcze nie spotkaliście się z taką formułą produktu pielęgnacyjnego - spieszę Wam donieść, że to był również mój "pierwszy raz". Pewnego pięknego dnia wynalazłam na mintishop promocję -10% na kosmetyki Bomb Cosmetics - babeczki do kąpieli są super, więc postanowiłam pójść dalej. Uwielbiam Lusha więc stwierdziłam, że wypróbuję coś więcej ze ślicznego asortymentu BC.


Sam producent opisuje ten produkt jako czyścik o bogatej, maślanej konsystencji, który produkuje gęstą, pachnącą i nawilżającą piankę. Według obietnic skóra po myciu będzie miękka i odżywiona. Jakie jest moje zdanie?

Bardzo się polubiliśmy, tak bardzo, że w kolejce czeka już wersja czekoladowo-miętowa. A ja nie kupuję innych wersji produktów, z których jestem niezadowolona. Konsystencja jest ciekawa - mocno zbita, dla osób o dłuższych paznokciach może stanowić pewien problem. Ja z początku miałam na wannie drewnianą szpatułkę do wyciągania wszelkiej maści scrubów z pudełek więc radziłam sobie tym patyczkiem, ale w sumie palcami także idzie wydobyć masło z opakowania. 


Działam nim w następujący sposób: wybieram kawałek wielkości orzecha laskowego z opakowania, lekko rozsmarowuję w dłoniach a następnie masuję ciało. Masażowi towarzyszy przyjemny aromat, który jednak nie utrzymuje się niestety na skórze zbyt długo. Zapach jest słodko-owocowy, kojarzy mi się z jakimiś żelkami, galaretką - czymś w tym klimacie. Masło tworzy miłą pianę, nie powiedziałabym że jest jej dużo, ale jest mocno kremowa i niezwykle przyjemna. Uwaga - bałam się tego najbardziej - masło mimo nazwy nie jest tłuściochem. Wiecie, moje obawy dotyczyły tego, że jak tu się umyć czymś co ma w nazwie "masło" - przecież masło jest tłuste... Sądzę teraz, że to "masło" właśnie ze względu na stan skupienia i to topnienie w kontakcie ze skórą. Myje bowiem bardzo dobrze. Również bez problemu się spłukuje. Skóra rzeczywiście jest przyjemnie odżywiona, latem zdarzyło mi się nie posmarować po kąpieli skóry balsamem (od czego, ze względu na niebywałą wręcz twardość wody w moim regionie, nie robię przeważnie sobie wolnego) i przyznam szczerze - nie czułam niekomfortowego ściągania czy przesuszenia. 


Ma według mnie - podsumowując - dwie cechy które przez niektórych mogą zostać uznane za wady: krótkotrwały zapach i pewną trudność w wydobywaniu. Co do zapachu - ja nie narzekam, bo w 95% przypadków i tak używam po kąpieli balsamów/maseł do ciała. Co do wydobywania - można temu zaradzić szpatułką :) Za opakowanie wielkości 320g!!! które jest bardzo wydajne, zapłacimy bez promocji 39zł.

Jestem absolutnie zakochana w szacie graficznej tej marki - od cudnych babeczek do kąpieli, przez fikuśne kolorowe mydła, po produkty do ciała i pod prysznic w przypominających pudełka z lodami opakowaniach. Wszystko to sprawia, że jeszcze nie raz usłyszycie u mnie o tych kosmetykach.
Mam nadzieję, że czujecie się skuszeni bo tak właśnie miało być :)

2014/10/20

M·A·C Hity Bez Limitu: szminka Show Orchid


Powiem Wam z rozbrajającą szczerością - ale ten czas pędzi od poniedziałku do poniedziałku :)) Ledwie co pisałam Wam o moim ukochanym czarnym linerze Blacktrack Fluidline (KLIK) a tu już czas na kolejny nielimitowany hit. Tym razem postawiłam na to, co tygryski lubią najbardziej. I zapewniam Was, że będzie więcej postów o moich ukochanych szminkach bo choć ogólnie w świecie kosmetycznym wzbudzają przeróżne emocje - dla mnie szminki M·A·C są najlepsze na rynku w tym przedziale cenowym. O szczegółach dowiecie się za chwilę. Dodam tylko, że ogromnie ciężko było mi się zdecydować, którą z moich ulubionych pomadek pokazać Wam najpierw. Rozmyślałam, rozmyślałam, przebierałam, macałam, aż w końcu - naprawdę musicie mi uwierzyć to nie było łatwe - wybrałam dla Was Show Orchid.


Historia z Show Orchid jest taka, że do niedawna był to odcień PRO: sprzedawany tylko i wyłącznie w salonach z asortymentem PRO oraz na stronach oficjalnych mających w ofercie kosmetyki PRO. Jakiś czas temu M·A·C do stałej sprzedaży wprowadził kilka odcieni a wśród nich właśnie Show Orchid (oprócz niej do sprzedaży regularnej trafiły choćby Full Fuchsia, Violetta czy też przecudna Fusion Pink).

Szminka ma wykończenie Amplified. O wykończeniach słówko na koniec posta, tutaj napiszę jedynie, że jest to formuła łącząca ze sobą intensywny pigment i miłą niewysuszającą konsystencję. W przypadku Show Orchid dodatkowo mamy lekki fiołkowy błysk. Szminki z takim wykończeniem albo się kocha albo nienawidzi. W moim przypadku oczywiście ma miejsce to pierwsze - uwielbiam to jak wygląda na ustach i jakiej mocy dodaje w smutne pochmurne dni! Latem z kolei idealnie wpisuje się w neonowe trendy.




Show Orchid jest bardzo przyjazną w aplikacji szminką. Gładko sunie po powierzchni ust, równomiernie je koloryzując. Pigment jest intensywny, nie robi prześwitów. Ściera się z ust równo, nie zostawiając nieestetycznej otoczki. Trzyma się na mnie dłużej niż standardowe kremowe pomadki, chociaż pożerania śniadania ;) nie przeżyje w nienaruszonym stanie. Jednak lubię w tych szminkach to, że nawet po posiłku usta są lekko zabarwione. Nie jest to efekt tintu ale część pigmentu dość trwale zatrzymuje się na ustach.

To pierwsza ale nie ostatnia szminka jaką Wam pokazuję w tym cyklu, mam jeszcze kilka bez których nie wyobrażam sobie mojej toaletki. Jestem wielką maniaczką szminkową, mam już upatrzone dwie kolejne i naprawdę - czy to się leczy? :D 

Kilka słów o pomadkach M·A·C:

- Pomadki z regularnej kolekcji zawsze występują w czarnym matowym naboju, ze srebrnym napisem M·A·C na zatyczce i na wewnętrznym srebrnym opakowaniu. Każda posiada naklejkę z nazwą odcienia, rodzajem wykończenia, kodem. Mają lekki waniliowy zapach.

- Podobnie jak w przypadku cieni do powiek (KLIK) szminki występują w kilku wykończeniach: Amplified (również Amplified Creme, nie ma jasności co do tej nazwy wykończenia i jest mały bałagan) to mocny kolor, kremowe wykończenie; Cremesheen - tutaj mamy cały szereg rodzajów tak naprawdę, nadal charakteryzują się kremowością, ale niektóre będą bardziej napigmentowane, inne delikatniejsze, jedne będą miały leciutkie drobinki, inne całkowicie kremowe wykończenie, kiedyś nie przepadałam za nimi, teraz bardzo je lubię; Frost - perła, drobniutko zmielona, moim zdaniem nie daje taniego efektu a raczej dość elegancki, mam kilka szminek z tego wykończenia, które bardzo lubię; Glaze - mokre, żelowe wykończenie, z kolorem raczej tutaj szału nie ma, nie przepadam za nimi i chyba dlatego mam tylko jedną sztukę; Lustre - tu w odróżnieniu od cieni do powiek pod kategorią Lustre mamy bardzo fajnej jakości lekkie nawilżające szminki, o półtransparentnym wykończeniu, często z delikatnymi drobinkami, bardzo popularne wykończenie; Matte - nowa formuła matowych szminek to w zasadzie półmat, idealnie nakłada się na usta, kolor jest mocny, wyrazisty, efekt wow murowany; Retro Matte - to "starej daty" mocne suche matowe odcienie, na pewno bardziej suche i tępe niż nowa formuła matów, ale mają swoich zwolenników; Satin - satynki są bardzo przyjemną formułą, ponownie coś między kremową a matową konsystencją, wiadomo, będą się zawsze różnić między sobą poszczególne kolory, mam kilka i lubię. Jedną planuję Wam nawet kiedyś przedstawić w tej serii :)

- Szminki z regularnej kolekcji można brać w ramach akcji Back 2 M·A·C - czyli za 6 pustych opakowań (plastikowych i szklanych, tych w których "siedzą" kosmetyki aż ich nie zużyjemy - butle po podkładach, puste tubki, słoiczki, plastikowe pudełka po cieniu itp.) po kosmetykach M·A·C możemy wybrać z regularnej oferty szminkę. Przy kasie Pani zabierze dla siebie kartonik z tej wybranej przez nas w ramach akcji szminki - w celach jak mniemam jakiegoś dokumentowania akcji, a nam da sam nabój - nie stresujcie się, to normalna procedura.

- Niektórzy lubią szminki wybebeszać i pakować je do pudełek (na przykład takich na lekarstwa, zamykanych i szczelnych itp.) ale dla mnie to trochę świętokradztwo ;) Żart oczywiście, ale osobiście lubię nosić ze sobą szminki w celach poprawkowych więc u mnie taka opcja odpada ;) Czasem M·A·C oferuje gotowe palety szminek - mamy najczęściej wtedy 6 odcieni w jednej palecie. Fajne rozwiązanie kiedy malujemy kogoś :) Planuję się zaopatrzyć w jedną na próbę.

Jak zawsze w przypadku tej serii i nie tylko, zachęcam do zadawania pytań wszelakich, jeśli macie jakieś wątpliwości, chcecie zasięgnąć porady itp - zapraszam na maila i na Fanpage bloga na FB.

2014/10/17

Bąki Małpy od Craft & Beauty


Dzisiaj post trochę nietypowy. Zaczęła się jesień, i o ile latem sporadycznie sięgam po zapachowe umilacze (wiadomo, gorąco, duszno itp.) o tyle jesienią to już inna bajka. Uwielbiam dla relaksu odpalić kominek zapachowy. Zarówno jego przyjemny blask jak i aromat wosku opanowujący całe wnętrze domu sprawiają, że momentalnie robi mi się błogo. Jakiś czas temu dopadła mnie woskomania i szalałam z Yankee. Ponieważ jednak czasem lubię eksperymenty (no dobra, zawsze lubię eksperymenty) to kiedy tylko dowiedziałam się, że dziewczyny z Craft&Beauty poszerzają swój asortyment o woski zapachowe - zamówiłam kilka na próbę. Co z tego wynikło?? Dużo, dużo przyjemności. 


Słowem przydługawego wstępu powiem Wam o tych woskach ogólnie. Oto, co piszą o swoich kosmetycznych rękodziełach dziewczyny:

"Ręcznie wykonane woski zapachowe do pomieszczeń. Polska odpowiedź na woski YC ;)

Woski nie tracą swej objętości podczas spalania, bardzo łatwo odchodzą od miseczki w kominku, nie kruszą się, bardzo długo pachną (ok 10 godzin w formie płynnej), wielokrotnego użytku." [KLIK]



A co myślę o nich ja? U-WIEL-BIAM. Nie twierdzę, że YC są złe, mam ich ogromne zapasy i bardzo lubię. Ale woski od dziewczyn z Craft&Beauty są rewelacyjne. Nie palę nigdy całego wosku, przeważnie sięgam po 1/3 i taka porcja uwalnia zapach aż do czasu zgaśnięcia świeczki. I przez cały czas palenia jest on równie intensywny. Ponadto, co w przypadku YC mi się nie zdarzyło, wosk Craft&Beauty można zapalić ponownie i on znów będzie pachniał. Może nie tak intensywnie jak za pierwszym razem, jednak nadal dosyć wyczuwalnie. Kolejną rzeczą jest kwestia wydobywania zaschniętego wosku z miseczki.. To naprawdę działa! Nie muszę już męczyć się ze zdrapywaniem resztek (taaak, znam metodę na chusteczkę, ale jakoś rzadko kiedy pamiętam żeby po zgaszeniu pozbyć się tak gorącego wosku) - podważam leciutko i z miseczki odchodzi elegancki krążek wosku, który można schować do woreczka i zostawić na później. Na koniec zostawiam cenę. 5,15 zł a czasem można upolować je taniej. To taniej niż YC czyli przystępniej. Ja tak właśnie ostatnio uzupełniłam zapas moich ukochanych Bąków Małpy w cenie bodajże 4 zł z groszami/sztukę. I tu przechodzimy do meritum. 


Czapki z głów za nazwę tego wosku! Już sama ona bowiem zachęca niesamowicie do wypróbowania zapachu. Pomysłowe, chwytliwe, marketingowo rewelacyjne zagranie :) Bąki Małpy lub Małpie Bąki - pierwsza myśl "O mamo, będzie smrodek??" a potem czytamy, że to "zapach obiadu małp… :P Aromat bananów, grejfruta, mango, kiwi wymieszanych z jagodami i kokosem!" i po takim opisie ślina cieknie a my odpalamy wosk i przenosimy się do zapachowego raju!

Mój nos czuje głównie banana z delikatnym kokosem i bliżej niezidentyfikowany rześki cytrusowy akcent. Nie jest to absolutnie wosk, który kręci w głowie czy mdli. Naprawdę przywodzi na myśl cudownie tropikalny koktajl. Pamiętam jak pierwszy raz poczułam zapach tego wosku na spotkaniu blogerów Secrets Of Beauty... Pachniało w całej sali, tak apetycznie i przyjemnie... Strzeliłam z zapachem od razu bo wcześniej czytałam opisy poszczególnych wosków (TUTAJ) i zgadłam bez problemu. :) 


Polecam go tym z Was, którzy lubią palić woski i którym owocowe zapachy odpowiadają tak jak mi. Nadchodzi zima, więc miło będzie poczuć odrobinę Karaibów kiedy za oknem będzie szaleć śnieżyca. Polecam również dlatego, że fajnie jest wspierać "naszych" - cieszę się, bo Margareta i Patrycja robią to, co lubią i robią to dobrze!
Zerknijcie na DaWanda (KLIK) i zobaczcie resztę asortymentu dziewczyn. Kilka innych produktów również wypróbowałam i jeśli będziecie ciekawi - z chęcią pokażę je na blogu.

2014/10/13

M·A·C Hity bez limitu: Blacktrack Fluidline


Dzisiaj w cyklu o nielimitowanych produktach M·A·C przychodzę do Was z kolejnym kosmetykiem, bez którego nie wyobrażam sobie makijażu. I zapewne wiele z Was również nie widzi innej opcji - bo czarny liner to dla wielu konieczność. Jedni wybierają czarną kreskę jako jedyne upiększenie oka, inni używają jej do wykończenia fantazyjnych makijaży, jeszcze inni nadają oku wyrazistości i spójności wykańczając codzienny look cienką czarną linią. Wszystkim, którzy bez kreski nie ruszą się z domu - polecam dzisiejszy krótki post. O moich poprzednich typach: pigmencie Vanilla i cieniu do powiek Copperplate, którego używam do brwi, możecie poczytać TU i TU.

Jak widzicie, moja sztuka jest już mocno wyświechtana. Przyznam się Wam od razu. Mój liner ma na pewno ponad 2 lata, ile dokładnie nie jestem w stanie powiedzieć, ale najwcześniejszy makijaż z jego użyciem jaki mam zapisany na dysku pochodzi jeszcze z 2012r. Jego powierzchnia jest już nieźle przeorana ale sam liner nadal ma się nieźle. Nie jest jeszcze mocno wysuszony, choć zdaję sobie sprawę, że pierwszej świeżości też już nie jest a w dodatku źle zaczęłam go używać. Moje pozostałe Fluidline'y (a mam ich na dzisiaj 22 sztuki) starałam się już używać nabierając produkt z jednego miejsca - nie naruszając całej powierzchni tylko napoczynając w jednym miejscu.

Blacktrack to klasyczna, matowa czerń o rewelacyjnej pigmentacji. Gładko sunie po powiece, nie robi prześwitów, nie maże się. Najważniejsze jednak dla mnie, jako dla posiadaczki mocno tłustych powiek i oczu z opadającą powieką jest to, że liner ten nie odbija się. Jest pod tym względem jak dotąd niezawodny. Jest niesamowicie wydajny.


Ta czerń jest niezastąpiona i mam mnóstwo makijaży, w których była po prostu kropką nad I. 




Biorąc pod uwagę, że czerń to najczęściej używany przeze mnie liner, zarówno na mnie jak i na innych - inwestycja ta jest warta swojej ceny. Wiem, że 74zł to dla niektórych sporo, jednak bywają i sporo droższe linery, jak choćby popularne Bobbi Brown. Jeśli o mnie chodzi, wiem, że jak tylko zauważę w nim jakieś zmiany w konsystencji czy działaniu wymienię mój słoiczek na świeży i nadal będę się cieszyć jego niezawodnością.

Co wypada wiedzieć o linerach Fluidline?

- kupujemy je w okrągłym słoiczku 3g z czarnym wieczkiem bez pędzelka!!! Fluidline nigdy nie wystąpił w innym opakowaniu. Jeśli już mamy do czynienia z jakąś limitowaną edycją to zwykle logo M·A·C ma inny kolor. Tak więc jeśli znajdziecie na portalach aukcyjnych tanie "Fluidline" w kwadratowym opakowaniu lub wersje z mini pędzelkami - wiedzcie, że coś się dzieje! ;)

- to produkt żelowy, którego zadaniem jest narysować trwałą szybko zasychającą kreskę. Dlatego zostawiony samopas w trakcie malowania będzie miał tendencję do szybkiego wysychania w słoiczku. Żeby nic nam się nie ulatniało i nie zasychało, warto w trakcie malowania odkładać go do góry dnem, W ten sposób trzymamy go zakrytego więc nie wysycha i nie dostaje się do niego powietrze. Ja ten nawyk wyrobiłam u siebie bez problemu (podobnie rzecz się ma z Paint Potami). Gdzieś czytałam, że również warto je przechowywać naklejką do góry. Z braku miejsca na moje 22 słoiczki przechowuję je bokiem i nie zaobserwowałam żadnych problemów.

- występuje w kilku wykończeniach od totalnie matowych (Blacktrack, Waveline) przez perłowe (Macroviolet, Rich Ground) do mocno błyszczących (limitowany Deliciously Rich lub Copperthorn). Najmocniej kryją maty, z perłowymi i brokatowymi trzeba się odrobinę namęczyć jednak efekt jest fenomenalny i choć nie cieszą się one szczególnym upodobaniem w necie to osobiście bardzo lubię te błyskotki.

2014/10/11

NA.LA Pro Academy odsłona 5 i jeszcze nie ostatnia!


Jak to mówią, wszystko co dobre szybko się kończy, przyszło mi więc zaprezentować Wam wpis o ostatnich dwóch zajęciach z podstawowego kursu w NA.LA Pro Academy. Ostatnich z podstawowego kursu, ale nie ostatnich w ogóle, bo udało się utworzyć grupę niedzielną na doszkalający kurs Expert i już niebawem napiszę Wam i o nim co nieco.

Poprzednie relacje:
Część 1: trochę teorii i pierwsze ćwiczenia KLIK
Część 2: skomplikowane i mniej skomplikowane looki KLIK
Część 3: zoom na kreski i usta KLIK 
Część 4: makijaż kobiety 40+ oraz makijaż smokey eye KLIK

Na przedostatnich zajęciach robiłyśmy na modelkach looki z gazet. Niby nic. Ot, odwzorowanie makijażu, który na pierwszy rzut oka nie wydawał się wcale skomplikowany. Najczęściej były to kreski, ładnie zrobiona skóra. Miałyśmy patrzeć na każdy szczegół i zanalizować look: jakie  modelka ma brwi, jaką skórę, jakie usta i jak przeniosłybyśmy to na nasze dziewczyny. Niestety, gdzieś mi wcięło zdjęcia z tych zajęć i za dużo nie mam, ale mogę Wam pokazać efekt końcowy mojej pracy. Mój look, choć z pozoru prosty, był chyba jednym z trudniejszych bo oprócz kreski linerem na górnej i dolnej powiece miałam zrobić dość nietypowe cieniowanie, taką jakby falę na środku powieki... Ileż ja się namęczyłam! :D Ostatecznie i tak na zdjęciach dopatrzyłam się kilku nierówności, ale ogólnie Asia w makijażu prezentowała się super! Jak się później okazało, te umiejętności miały mi się jeszcze przydać :) 





Modelka: Asia Kotarska
Foto: Jakub Zazula Jakub Zazula Fotografuje

Ostatnie zajęcia zaś polegały na krótkim zaprezentowaniu tematyki makijażu ślubnego (o wywiadzie z przyszłą PMką, o tym, na co zwracać uwagę, o trikach) a ponieważ makijaże idealne na śluby robiłyśmy już na zajęciach na samym początku to tym razem dostałyśmy zadanie nie odtwórcze a bardzo kreatywne. Miałyśmy bowiem na wybranej przez nas modelce stworzyć makijaż od A do Z. A następnie odwiedziła nas fotograf Adela Surowiecka i sfotografowała nasze prace. Moją modelką zgodziła się być Maja (prowadząca blog Kosmetyczny Kuferek Burn) i tym sposobem miałyśmy sporo dobrej zabawy :)




Modelka: Maja Adamczyk 
Foto: Adela Surowiecka (KLIK)

I w końcu, tydzień później, przyszedł czas na egzamin! Dawno żadnego nie zdawałam, więc stres był, ale udało się go pokonać i zdałam na 5! :))) Jak to wyglądało? Miałyśmy 2 godziny na odtworzenie wylosowanego przez nas makijażu na modelce. Po tych dwóch godzinach naszym zadaniem było zaprezentować makijaż Natalii i Dominice, opowiedzieć o nim, a także odpowiedzieć na losowe trzy teoretyczne pytania. Dziewczyny analizowały po kolei wszystkie aspekty makijażu, takie jak brwi, blendowanie, kreskę, cerę, róż, usta itp. Ja z mojego looku, przyznam otwarcie, byłam i nadal jestem bardzo zadowolona, ale cóż innego mogło mi wyjść na Karolinie?? 




Mam nadzieję, że nie zanudzę Was na śmierć, jeśli opowiem Wam za tydzień i o tym bardziej zaawansowanym doszkalającym kursie? Ja częścią podstawową jestem ZACHWYCONA i z czystym sumieniem gorąco polecam - gdybyście były z okolic i chciały się podszkolić i zyskać pędzlowej pewności siebie - zapiszcie się do Natalii a nie będziecie żałować. Wiem, wiem, że to brzmi jak hasło reklamowe ale co więcej powiedzieć - sądzę, że z każdym kolejnym kursem dziewczyny będą nabierały jeszcze większej wprawy w uczeniu i będą na pewno modyfikowały program tak, żeby był JESZCZE lepszy! Mi ten kurs dał bardzo, bardzo dużo. Pewność siebie, chęć eksperymentów, nowe spojrzenie na kilka produktów i technik. 

Jeśli jesteście zainteresowani takim kursem, to teraz lub w przyszłości, na hasło "SWEET & PUNCHY" zawarte w zapytaniu do Natalii otrzymacie 10% zniżki na cały kurs! 
Natalię znajdziecie tu:

Jutro wyruszam znowu do Wrocławia na kolejne zajęcia, a teraz zmykam się relaksować :) Miłego wieczoru!

2014/10/06

M·A·C Hity bez limitu: cień Copperplate


Dzisiaj zapraszam Was na kolejną odsłonę moich M·A·Cowych ulubieńców wszech czasów. Idea tych notek jest prosta: zwrócić Waszą uwagę na produkty M·A·C z regularnej kolekcji. Bo choć zliczyć limitowane edycje ciężko, a każda jedna ładna, to przecież salony pękają w szwach od produktów które czekają w nich okrągły rok i są bestsellerami marki. W zeszłym tygodniu napisałam Wam słów kilka o pigmencie Vanilla (KLIK) który jest chyba moim pigmentowym ulubieńcem! Jeśli jesteście ciekawi wiedzy o pigmentach - zajrzyjcie do tamtej notki. Dzisiaj natomiast pokażę Wam cień, którego namiętnie używam (co widać) - w nie do końca oczywistym celu :) 


Cień Copperplate to gołębia szarość, w wykończeniu Matte2 - czyli bardziej "kremowa", gładka matowa konsystencja i głębia koloru. Kto raz dotykał cieni w tym wykończeniu ten będzie wiedział o co chodzi. Od normalnych matów różni je to, że te pierwsze są bardziej suche (choć akurat M·A·C robi całkiem fajne maty). Matte2 są łatwiejsze w obsłudze i aż żal, że jest ich tylko parę sztuk. Z drugiej strony, dobrze, że marka zostawiła Copperplate bo to najlepszy w moim rankingu ... cień do brwi! 

Przyznam Wam bez bicia - jako cień do powiek nałożyłam go zaledwie parę razy, choć ostatnio kiedy po niego sięgnęłam w tym celu bardzo mnie zauroczył, więc nie ukrywam że być może ponownie spróbuję. Natomiast jako cień do brwi jest fenomenalny. 90% dziewczyn, które miałam okazję malować jest zachwycone tym odcieniem. Drugim, podobnie popularnym jest cień Omega który jednak na przykład do mnie już średnio pasuje bo wychodzi na moich brwiach lekko rudo. 


Do jego nakładania na brwi używam skośnego pędzelka Sephory lub całkiem rozsądnego różowego Essence (za 5zł :D ). Kiedy miałam ciut inny odcień włosów używałam go w duecie z kredka Lingering, która nieco go ocieplała. Niedawno jednak poeksperymentowałam nieco w efekcie czego włosy wyszły srebrne - jaśniejsze niż zwykle. I do takich zdecydowałam się zrezygnować na jakiś czas z mocno wyrysowanych brwi więc używam samego cienia Copperplate i na końcu przeczesuję brwi bezbarwnym żelem Brow Set Clear. Są mniej wyraźne, i trochę tęsknię za konkretniejszym ich rysunkiem ale sam cień bardzo dobrze sobie radzi.
Kilka przykładów ostatnich mejkapów gdzie na brwiach jest tylko Copperplate lub Copperplate z dodatkiem czystego żelu.




Co warto wiedzieć o cieniach M·A·C ogólnie? 

- występują w wersji w pudełku (74zł) i w samych metalowych "pans" czyli wytłoczkach (53zł). 

- limitowane edycje występują tylko w pudełkowej wersji, ale można je łatwo i szybko wydepotować (instrukcji mnóstwo: KLIK) a plastikowe opakowania sztuk 6 wymienić na dowolną szminkę z regularnej kolekcji lub limitkę pod warunkiem, że jest w takim opakowaniu jak te regularne czyli czarny mat (Viva Glam, Pro Longwear, Sheen Supreme i limitowane edycje w innych niż matowe czarne opakowania nie wchodzą do oferty). 

- oryginalne cienie prasowane M·A·C nie są sprzedawane w duecie z pacynką a opakowanie nie posiada lusterka! Jeśli widzicie takie aukcje na portalach aukcyjnych - to podróby!

- są różne wykończenia cieni prasowanych: Frost (tradycyjna perła, jednak nie tandetna a elegancka, wykończenie piękne, pigmentacja świetna), Lustre (drobno zmielony brokat, niektóre są świetne na przykład Aquadisiac, resztę trzeba umiejętnie stosować, nie polecam na sam początek przygody z M·A·C bo można się rozczarować), Matte (tradycyjny mat, nie sypie się, ładna pigmentacja), Matte2 (mat bardziej kremowy, gładki, super pigment), Satin (tu mamy wielką dowolność: niektóre odcienie mają drobny ledwie widoczny shimmer, niektóre są bez drobinek, bardziej podobne do Matte2, mamy tu też piękny duochrom Club), Veluxe (mocno kremowa satyna), Veluxe Pearl (trochę wyrazistsza perła niż w przypadku Frostów, błyszcząca, opalizująca czasem) oraz Velvet (satynowa baza z widocznymi delikatnymi drobinkami - są większe niż perła ale mniejsze niż brokat z Lustre).

Mam nadzieję, że jesteście ciekawi dalszej części i że zaspokoiłam Waszą ciekawość w kwestii kolejnego mojego ulubieńca ze stałej oferty M·A·C! Zachęcam do zadawania pytań tu, na fb czy w mailu!

2014/10/04

GoCranberry Intensywnie nawilżające serum przeciwzmarszczkowe na noc


Seria kosmetyków GoCranberry trafiła w moje ręce w trakcie jednego ze spotkań blogerskich w Warszawie. Ponieważ już sama forma paczki mnie zachwyciła (nie wiem jak Wy, ale ja bardzo zwracam uwagę na takie detale) postanowiłam przy pierwszej okazji wypróbować któryś z tych kosmetyków. Padło na serum, bo akurat kremy do rąk i stóp miałam pootwierane i chciałam je najpierw zużyć.


Serum 30ml zamknięte jest w buteleczce typu airless, co sprawia, że do środka nie dostają się bakterie i drobnoustroje. Jest to również wygodna opcja - jedna pompka wystarcza idealnie na całą twarz. Produkt ma postać lekkiej emulsji, która dosyć szybko się wchłania pozostawiając skórę nawilżoną i odżywioną. Pachnie przyjemnie, lekko cytrusowo bardzo subtelnie. Podobają mi się czytelne i nieprzekombinowane opakowania tych kosmetyków (w międzyczasie podjęłam współpracę a produkty niebawem Wam opiszę) oraz czytelne informacje na nich. Jest prosto i estetycznie.

Dlaczego polubiłam to serum? Z kilku prostych powodów. Szybko się wchłania więc nie kleję się do poduszki. W dodatku bardzo podoba mi się jego działanie. Doskonale nawilża moją skórę - w zasadzie tak, że nie potrzebuję już na nie kremu. Podobnie jak wiele innych preparatów z witaminą C na mnie (pamiętajcie, to subiektywne odczucia, każda skóra jest inna) działa fenomenalnie. Serum bardzo lekko, ledwie wyczuwalnie napina skórę, łagodzi podrażnienia, sprawia, że pojawia się mniej niespodzianek w postaci wyprysków czy wągrów, minimalnie zwęża pory i delikatnie rozjaśnia przebarwienia. U mnie to zwykle blizny potrądzikowe. Preparaty z witaminą C dobrze sobie z nimi radzą. Podobnie jest w przypadku tego serum. Ponadto serum GoCranberry jest niesamowicie wydajne. Ilość jaką widzicie na zdjęciu poniżej to jedna pompka i starcza ona spokojnie na całą moją twarz. Wydaje mi się, jakby nie miało końca! :)


Jeśli wiecie podobnie jak ja, że pielęgnacja zawierająca witaminę C działa na Waszą skórę zbawiennie - polecam Wam przyjrzeć się bliżej temu produktowi. Możecie kupić to serum w sklepie producenta: KLIK. Planuję przedstawić Wam jeszcze kilka produktów natomiast z tego serum jestem wybitnie zadowolona i wiem, że długo jeszcze się z nim nie rozstanę, tym bardziej, że nie jest to kosmetyk drogi. Powiedziałabym, że jego cena jest przystępna jak na taką wydajność :)
Mieliście okazję używać kosmetyków GoCranberry? Macie jakieś swoje spostrzeżenia? A może jakieś typy? Czytałam wiele pochlebnych opinii o kremie pod oczy, czeka w swojej kolejce na otwarcie :) Na pewno podzielę się z Wami wrażeniami :)

2014/09/29

M·A·C Hity bez limitu: Pigment Vanilla


Jakiś czas temu na fanpage'u (KLIK) zapytałam, czy bylibyście zainteresowani serią postów o kosmetykach M·A·C. Ale nie tych limitowanych, które najczęściej trafiają na bloga z racji tego, że specjalne kolekcje mnożą się w M·A·C jak grzyby po deszczu. Chciałam Wam trochę popisać o produktach, które może toną w morzu limitek, a są równie warte uwagi co one. O moich hitach z regularnej kolekcji. Tej dostępnej (czasem mniej czasem bardziej, zależy od aktualnego stanu magazynu) na co dzień, na wyciągnięcie ręki. Tej, o którą nie trzeba "zabijać się" na ebay ;) Bo M·A·C ma w swojej ofercie mnóstwo produktów, bez których ja nie wyobrażam sobie makijażu, nie tylko swojego ale również robionego innym. Zainteresowanie pod postem zostało wyrażone, tak więc przygotowałam sobie trochę materiałów. Chciałabym aby notki pojawiały się cyklicznie, dlatego wybrałam poniedziałkowe popołudnia. Ot - takie krótkie zwięzłe notki o moich ulubieńcach. Piszecie się? 


Na pierwszy ogień nie mógłby nie pójść ten produkt. Kto "siedzi" w M·A·Cu ten wie, ale jeśli nie kojarzycie już mówię. Pigmenty są jednymi z bardziej popularnych kosmetyków mojej (nadal po latach) ukochanej firmy. Od podobnych produktów innych firm odróżnia je moim zdaniem doskonała moc koloru (w większości przypadków, bo wiadomo, czasem zdarzą się produkty delikatniejsze w wykończeniu), świetna przyczepność do powieki (ciała), trwałość i niesamowicie oryginalny efekt bez tandety.


Vanilla jest odcieniem, który po prostu muszę mieć pod ręką bo inaczej będę się źle czuła :D To produkt niesamowicie uniwersalny - pasuje chyba do każdego zestawienia, jakie miałam okazję przetestować na swoim oku. Do brązów, fioletów, zieleni, niebieskości, róży, pomarańczy, czerni czy szarości - przy każdym z tych makijaży można nałożyć Vanillę w wewnętrzny kącik i otrzymujemy przepiękne rozświetlenie. Lub delikatnie pod łuk brwiowy czy też na dolną powiekę. Ten akurat odcień możemy również wykorzystać w roli rozświetlacza do twarzy (nie dalej jak wczoraj widziałam, jak robi to Nikkietutorials TUTAJ), kiedy chcemy uzyskać bardzo mocny "glow". Większość pigmentów możemy mieszać z błyszczykami, a Vanilla doda każdemu pięknego blasku.

Pigment Vanilla ma bardzo unikatowy odcień. To taka kość słoniowa tylko mieniąca się w zależności od kąta padania światła na różowo bądź pomarańczowo. Nie wiem jak to zrobili, ale dzięki temu nadaje się właśnie do chłodnych i ciepłych makijaży. I być może inne firmy mają produkty podobne. Jednak macałam już wiele odcieni z nadzieją, że oto może znalazłam godnego zastępcę pigmentu Vanilla. Ani w Inglocie, ani w Kobo, ani w Fyrinnae, ani w wielu wielu innych firmach nie znalazłam pigmentu czy cienia który byłby wystarczająco bliski oryginałowi. Na poniższych zdjęciach po prawej znajduje się swatch na sucho, po lewej na mokro.






Uwielbiam ten pigment! Wiele razy ratował mnie kiedy nie wiedziałam co by tu dać w wewnętrzny kącik i pod brew. Nie zliczę ile makijaży z nią zrobiłam. Znalazłam na dysku takie fajne dwa:





Miało być krótko i zwięźle ale pomyślałam, że przy okazji opowiem Wam o pigmentach ogólnie. Jeśli jeszcze kiedyś pojawią się w tej serii moje ulubione pigmenty (a na pewno się pojawią) tych informacji powielać już nie będę, wrzucę tylko do nich link). 

Co warto wiedzieć o pigmentach?

- można je prasować. To znaczy, przy użyciu wysoko stężonego alkoholu zmieniać ich formułę z sypkiej na stałą, prasowaną. W internecie jest mnóstwo filmików instruktażowych mówiących jak to zrobić krok po kroku, wystarczy wpisać w google "how to press pigments" albo "pressing pigments". Oczywiście można również wyszukać polskie tutoriale, a z tego co widzę jest ich całkiem sporo (KLIK

- można używać ich również na mokro. Ja w tym celu nabieram odpowiednią ilość pigmentu na pędzel i spryskuję go wodą termalną lub Fix+. Każdy z nich użyty w ten sposób da niesamowicie metaliczny efekt. Vanilla jak widzieliście powyżej staje się jeszcze piękniejsza (jeśli to w ogóle możliwe) ale to już zależy od tego, co kto lubi. 

- są bardzo, naprawdę BARDZO wydajne. Odsypkami z moich słoiczków podzieliłam się już z wieloma koleżankami i kolegami. Nadal mam ich mnóstwo. Owszem, płacimy za nie 96zł, ale jednym słoiczkiem możemy spokojnie podzielić się z koleżanką. Dla takiego efektu warto :)

- są sprzedawane na wagę a nie na objętość. To ważne. Matowe pigmenty są bardziej zbite niż perłowe pyłki, dlatego pamiętajcie, że kiedy kupujecie pigment matowy będzie go w słoiczku objętościowo mniej niż tego o błyszczącym wykończeniu. Żadna M·A·Cówka Wam go cichaczem nie odsypała na zapleczu. To trochę tak, jak w tym znanym żarcie "co jest cięższe, kilogram pierza czy kilogram cegły". 

- przykra prawda jest taka, że pigmenty M·A·C to najczęściej podrabiane produkty chyba w całym kosmosie. Ogromny elaborat opatrzony zdjęciami napisała dawno temu Marti (KLIK) więc nie widzę sensu w powtarzaniu informacji. Dodam tylko, że częstym procederem jest nadawanie pigmentom nazw cieni prasowanych. Mamy więc "pigmenty" Deep Truth, Surreal czy Naked Lunch. Odrobina google + oficjalna strona maccosmetics.pl i jesteście w stanie dojść do prawdy: takich pigmentów nigdy w M·A·C nie było. Podobnie rzecz się ma z ceną - za 1,50zł nie kupicie oryginalnej odsypki. Nie ma takiej opcji. Jeśli kiedykolwiek mielibyście jakieś wątpliwości - szukajcie, informujcie się, w końcu piszcie maile! Ja zawsze chętnie pomogę, w miarę moich możliwości i mojej wiedzy, zidentyfikować podróbę.

- aktualnie online sprzedawane jest bardzo niewiele odcieni. Część znajduje się w zakładce PRO. Nie są one dostępne w Polsce stacjonarnie ponieważ nie mamy stacjonarnego sklepu PRO. Na szczęście nasz sklep online obsługuje również linię profesjonalną. Znajdziecie w niej specjalne odcienie pigmentów, pudry do konturowania, farbki do ust itp. Dlatego sprawdzając oryginalność pigmentów w Internecie miejcie świadomość, że w historii było ich znacznie więcej niż obecnie na stronie. Szukanie, szukanie i szukanie raz jeszcze. Wyszukiwarka nie gryzie, to jedno z moich ulubionych haseł z wizaż.pl. ;) 

- apropos wizaż.pl. od ponad 6 lat na forum toczy się wątek (ma już 8 części) o kosmetykach M·A·C ogólnie. Tam również znajdziecie przydatne informacje i pomocną dłoń.

Gdybyście mieli jakiekolwiek pytania dotyczące pigmentu Vanilla, pigmentów w ogóle czy też M·A·Ca lub mieli jakieś typy które chcielibyście w tej serii zobaczyć - piszcie. Może być w komentarzach, może być na maila. Jeśli tylko mój stan wiedzy na to pozwoli - odpowiem! :) 
I jak się Wam podoba ten pomysł?