2015/05/28

Co złapałam na Rossmannowej promocji: kolorówka

Jak ja się ogromnie cieszę, że póki co wielkie wyprzedaże w Rossmannie się skończyły! Popłynęłam, chociaż ciągle sobie powtarzam, że w końcu za pół ceny :D Oczywiście najbardziej na części "doustnej" ale czy kogoś na tym blogu to dziwi? Jeśli jesteście ciekawi co przykuło moją uwagę i dlaczego - zapraszam :) 

Pierwsze w kolejności były produkty do twarzy więc jako pierwsze je Wam zademonstruję.


Odkryłam przy okazji tej akcji nieźle zapowiadającą się nowość czyli serię Bell Hypoallergenic. Niedrogie, polskie kosmetyki a w dodatku debiutujące akurat w okolicy promocji - nie mogło się to dobrze skończyć. O ile do Bell mnie nie ciągnęło o tyle coś w tej serii przykuło mój wzrok. Fajne proste opakowania (tylko to od bronzera wydaje się być lekko tandetnie plastikowe) i przyjemne dla palucha formuły mnie skusiły. Kupiłam róż w odcieniu 02, rozświetlacz i podwójny puder. Wszystkie mają miękką konsystencję i z chęcią napiszę Wam niedługo post o większości produktów, które z tej linii kupiłam bo sądzę, że jest warta uwagi :) Do tego znany mi już z formuły róż Max Factor tym razem w odcieniu jaśniutkiego rozświetlającego różu 05 Lovely Pink i dwa rozświetlacze, o których w blogosferze tak ostatnio głośno czyli Wibo i Lovely w odcieniu Gold. Jeśli chodzi o korektory, celowałam w Rimmel Lasting Finish , który polecała Ania (KLIK) jakiś czas temu. Do tego jaśniutki (choć zobaczymy czy nie będzie ciemniał) L'Oreal True Match. Przy okazji wizyty w innym Rossmannie natknęłam się jeszcze na nowe odcienie podkładu FaceFinity z MaxFactor i zdecydowałam się zaryzykować z odcieniem Light Ivory 40. Do tego do koszyka wpadł sypaniec Bourjois w odcieniu brzoskwiniowym. Testy trwają!

Na zdjęciu: Max Factor 05 Lovely Pink, Bell róż 02, rozświetlacze: Wibo Diamond Illuminator, Lovely Gold i Bell: 

Poniżej: Bourjois puder sypki, korektory Rimmel i L'Oreal, ciemna i jasna (ledwie widoczna) część bronzera z Bell:


Następną fazą była promocja na tusze i produkty do oczu. Tutaj aż tak bardzo nie szalałam.


Prawda jest taka, że nie miałam kiedy pobuszować w "doocznych" produktach bo akurat wtedy przypadł mój wyjazd do Londynu (dajcie znać, jeśli interesowałaby Was fotorelacja!). Poprzestałam więc na zawartości powyższego zdjęcia. W końcu zdecydowałam się na L'Oreal Volume Million Lashes so Couture - wychwalany w necie, w końcu przetestuję! Do tego drugie podejście do klasyka Max Factor 2000 Calories - pierwsze w czasie jednej z poprzednich promocji zakończyło się fiaskiem w postaci kupna tuszu kompletnie zasuszonego. Capnęłam też nowość z Maybelline Lash Sensation, Twist up the Volume z Bourjois i zapas jednego z ulubionych tanich tuszy czyli Lovely Pump Up :) Do tego dorzuciłam jeden z wypiekanych cieni Bell. A potem skusiłam się za sprawą Dymka (KLIK) na dwa cienie z L'Oreala Nude 204 i Smoky 306. Cienie L'Oreal są świetne, chociaż moooooocno błyszczące więc na pewno nie każdemu przypadną do gustu. Tusze czekają na swoją kolej. 

Poniżej cienie L'oreal Smoky 306 - w rzeczywistości bardziej podchodzący pod khaki, oraz Nude 204, na dole Bell:

Ostatnią częścią promocji na kolorówkę było to, co lubię najbardziej czyli kosmetyki do ust i paznokci. Poszalałam więc od razu ostrzegam :D



Jeśli chodzi o paznokcie za dużego szału nie było. Cieszę się, że znowu do promocji wchodziły produkty pielęgnacyjne Sally Hansen - skusiłam się na dwa zmywacze, ulubiony preparat do skórek i InstaDry, którego czasem używam na przemian z Seche Vite. Nie suszy tak szybko ale też daje radę.  Dwa lakiery z Rimmela, jeden wiosenny z Wibo i nowość Bourjois która jednak nie porwała mnie tak jak ta seria w dziwnych wysokich buteleczkach... Ten wydawał mi się strasznie gęsty. Chociaż kolor piękny.
Jeśli chodzi o usta - ponownie zrobiłam nalot na szafę Bell, łapiąc trzy szminki i trzy błyszczyki. Błyszczyki konsystencją, zapachem i kształtem aplikatora przypominają mi do złudzenia Stay With Me z essence - kupiłam odcienie 05 (jasna brzoskwinia), 08 (chłodna fuksja) i 10 (soczysty koral). Szminki natomiast mają duże szanse stać się groszowym hitem. Są bosko kremowe, pięknie napigmentowane i komfortowe w noszeniu. Mają naprawdę niezłe opakowania, nie wyglądają tandetnie a odcienie są naprawdę ładne. 01 to nudziak z brzoskwiniowymi tonami, 06 to piękna czerwień a 10 to stonowany różo-fiolet. 
Dokupiłam z Bourjois jeszcze jedną kredkę Color Boost w odcieniu 03 Orange Punch, błyszczyk z milionem drobinek Effet 3d w odcieniu 23 Framboise Magnific (ciekawostka: błyszczyki z linii Effet 3d były moimi pierwszymi w życiu, dawno temu, miałam ulubiony jasnoróżowy odcień), a także postanowiłam dać szansę jeszcze raz szminkom Rouge Edition Velvet, dokupując odcienie 11 So Hap'pink i 06 Pink pong. Zakochałam się w tej drugiej. Ta pierwsza jakoś dziwnie na mnie wygląda, jeszcze jej nie dopasowałam do żadnego makijażu :)) 
Z L'Oreal chwyciłam błyszczyk z mojej ulubionej serii Color Riche Extraordinaire (KLIK) w odcieniu 304 Ruby Opera a będąc już przy matowych pomadkach postanowiłam na lato zaopatrzyć się w dwa odcienie Glam Matte Intense Matte Gloss: 512 Fuschia Flare i 508 Coral Denimista. KOCHAM! :D Na pewno poświęcę im osobny post :)
I w końcu skusiłam się na Lipfinity od Max Factor, za którą dłuuuugo chodziłam ale nigdy nie było nam po drodze. Wieki temu miałam jedną z tych szminek ale nie lubiłyśmy się za bardzo. Jednak z czasem zmieniają się a) preferencje i b) formuły kosmetyków więc postanowiłam dać jej jeszcze szansę. Czy się sprawdziła? Może Wam wkrótce opowiem :) Mój odcień to 055 Sweet.
Ostatnim rzutem chwyciłam jeszcze cztery produkty. W poszukiwaniu idealnego lalkowego różu capnęłam kolejną do kolekcji szminkę Maybelline Color Sensational 900 Pink Pop oraz kredkę do ust Rimmel Colour Rush. Do tego szybko zobaczony u kogoś lakier do ust Wibo numer 1 i szminkę Eveline, którą bliżej pokazałam Wam TU.

Poniżej swatche produktów:

L'Oreal Glam Matte 512 Fuschia Flare i 508 Coral Denimista, Bourjois Color Boost Orange Punch, Bourjois REVelvet 06 Pink Pong i 11 So Hap'pink, Bourjois Effet 3D błyszczyk 23 Framboise Magnific, L'Oreal Color Riche 304 Ruby Opera, Maybelline Color Sensational 900 Pink pop i Lipfinity 005 Sweet.


A tutaj mamy Rimmel Colour Rush 100 Give Me a Cuddle, Eveline Fuchsia Lady 708, szminki Bell: 01, 06, 10, błyszczyki Bell 05, 10, 08 i lakier do ust Wibo nr 1.


Wiele z tych produktów jeszcze czeka na testy, z pewnością pojawią się jakieś opinie o niektórych na blogu, dajcie znać czy coś konkretnego Was interesuje, o czym miałabym napisać w pierwszej kolejności ;) A Wasze zakupy jak tam?

Jeśli jesteście ciekawi, niedługo mogę tęż pokazać co upolowałam na promocji z pielęgnacji :)

2015/05/22

M·A·C Wash & Dry letnia kolekcja limitowana


Jak ja czekałam na tę kolekcję! W zasadzie mogłabym Wam w tym poście pokazać same zdjęcia, bo podobnie jak w przypadku zeszłorocznej Alluring Aquatic (KLIK) głównie pokusiłam się na opakowania. I byłoby to może głupie, gdyby to nie był M·A·C. Z tych wszystkich nie wypróbowałam na razie jedynie lakieru, myślę, że w weekend i on doczeka się swoich mam nadzieję więcej niż pięciu minut ;) Tymczasem spieszę donieść, że całą resztę oceniam na piątki i szóstki. Skąd ten podział - już mówię. 



Opakowaniowo ta kolekcja to majstersztyk! Choć uważam, że Alluring Aquatic nic chyba nie przebije, to kolekcja Wash & Dry jest bardzo, ale to bardzo wakacyjna. Kolory kojarzą mi się z tropikalnymi drinkami, z zachodem słońca nad morzem, z hamakiem i owocowym koktajlem pitym prosto z wydrążonego kokosa. Sielanka. 

Co zaś się tyczy produktów już opowiadam.

Gwiazdą kolekcji niewątpliwie miał być rozświetlacz Freshen Up. Mam dwie wiadomości: dobrą i złą. Zacznę od tej gorzkiej, by po chwili nieco osłodzić. "Rozświetlacz" ma warstwę błyszczącą, tzw. overspray, która po pierwszej aplikacji praktycznie znika. Dobra wiadomość jest taka, że jest ona dziwnie żółta i na skórze taki błysk (przynajmniej na mojej skórze) nie wyglądał za dobrze. Co prawda lekko go to dyskwalifikuje jako rozświetlacz, ale za to świetnie sprawdza się w roli różu ;)


Odcienie osobno (każdy z trzech pasków) i zmieszane fotkę niżej.


Róże są świetne obydwa. Co prawda Hipness posiadam już w swoim zbiorze, pamiętam, że miałam na niego od dawna szał i kiedyś na wyprzedaży capnęłam go u Marti. I od razu pechowa sprawa - nie pierwszy w życiu depot i pierwsze zepsucie wkładu. Niby jeszcze zipie w palecie ale tu mam go w całości i do tego w tych bajecznych opakowaniach. Crisp Whites z kolei to delikatna morela, lekko żółtawa w tonacji, bardzo ładnie się mieni mikrodrobinkami (nie są mocno błyszczące ale nie jest to płaski matowy efekt).


O bronzerze Refined Golden możecie poczytać TUTAJ. Jest to nadal jeden z moich obecnie ulubionych bronzerów więc nie wahałam się ani minuty nad jego zakupem. Na potrzeby posta "napoczęłam" ten nowy. Minimalny jęk zawodu, bo odcień jest ciut inny, podobnie jak konsystencja, ale są to na tyle drobne zmiany, że prawdopodobnie nie będą miały większego wpływu na wygląd i zachowanie kosmetyku na twarzy. 


Wersja "stara" kontra nowa. Nowa jakby mniej napigmentowana i ciut bardziej błyszcząca. Zobaczymy jak będzie zachowywała się na twarzy :) 


Lakier Washateria to piękny morski krem. To jeden z tych odcieni, którego aparat za chiny nie potrafi uchwycić. Próbowałam nawet komórką, z marnym skutkiem. Za każdym razem wychodzi ciut bardziej niebiesko niż w rzeczywistości. W dziennym świetle jest morki, w sztucznym niemal butelkowozielony. Dwie warstwy kryją idealnie, nie robią prześwitów.


Na koniec szminka. Kiedy zobaczyłam te opakowania wiedziałam, że pomadkę capnę. Szkopuł w tym, że te odcienie naprawdę są słabe. No kurde Creme d'Nude??? Serio M·A·C? Nic lepszego na lato nie szło wymyślić? Morange, która jest też w stałej ofercie? Już jakaś jagoda...jasny fiolet z drobinkami w wykończeniu Lustre lub Cremesheen... jakaś malina, koral.. Jestem zawiedziona tymi odcieniami, ale na szczęście Steam Heat nie zawiódł, choć to po prostu czerwień. Co prawda ładna i dość ciekawa, bo na swatchach niby ciepła ale na ustach łagodnieje. Nie pytajcie, czemu na zdjęciu z opakowaniem wyszła prawie pomarańczowa. Jej kolor dobrze oddaje swatch na ustach.


Bonusowo makijaż, jaki na szybko wykonałam m.in. różem Hipness, szminką Steam Heat i rozświetlaczem Freshen Up kiedy miał jeszcze rzeczony overspray.


Uciekam używać dalej tych (i pozostałych cudów, wybitnie sporo ostatnio kupiłam, a mazideł do ust nie nadążam testować, a kysz! promocje w Rossmannie, a kysz! Kiko, a sio! Golden Rose!) cudeniek. Gorąco Was pozdrawiam i wrócę już niebawem z kolejną porcją ciekawych kosmetyków!

2015/05/20

5 produktów do ust w odcieniu gorącej fuksji!


Wraz z nadejściem wiosny (żegnajcie kurtki, płaszcze) w moim makijażu coraz bardziej kolorowo. Dlatego zapraszam Was na szybki przegląd pięknych produktów do ust w odcieniach cudownej fuksji. Nie ma chyba lepszej pory roku niż wiosna na takie eksperymenty.

W zestawieniu znalazły się aż trzy tradycyjne szminki z różnych przedziałów cenowych, jeden przepiękny błyszczyk i szminka matowa. Dodam, że to post z zestawieniem kolorystycznym. Te produkty, które znam szybciutko Wam opiszę ale dwa z nich pochodzą z niedawnej promocji w Rossmannie więc mogę Wam jedynie pokazać kolor. 



Najdłużej w moim zbiorze gości pierwszy sztyft z obrazka czyli szminka Make Up For Ever Rouge Artist Intense w odcieniu 36 (KLIK). Uwielbiam w tej pomadce wszystko: jest niesamowicie kremowa, mocno napigmentowana, nie zjeżdża z ust, nie rozlewa się poza ich kontury, nie wysusza skóry, jest trwała. Czy trzeba więcej? Mi nie.



Jeden z nowszych nabytków to błyszczyk Make Up For Ever Artist Plexi-Gloss w odcieniu 209 (KLIK). To stosunkowa nowość na rynku, ale wróżę jej spore powodzenie. Trochę już wytestowałam błyszczyki z tej serii. Są pięknie napigmentowane, mocno błyszczące, jak na błyszczyki dość trwałe.  Nie zbierają się nieestetycznie w załamaniach warg ani na brzegu ust. Są treściwe, odżywiają, nawilżają i w sumie żałuję tylko, że nie parzą kawy. A tak całkiem serio - jeśli gęstość w błyszczyku Wam nie przeszkadza - warto się im przyjrzeć. 


 
Szminka Eveline Color Edition 708 Fuchsia Lady to kompletna nowość w mojej kosmetyczce, upolowana na niedawnych promocjach w Rossmannie. Alina Rose polecała co prawda inny odcień z tej serii ale nie mogłam obok tej fuksji przejść obojętnie. Jedyna moja obserwacja jak na razie to to, że odcień jest dość delikatnie napigmentowany, trzeba się sporo namachać sztyftem aby uzyskać efekt jak na zdjęciach. Tester był dużo wyrazistszy, nie wiem czy to kwestia nagrzania od szafy czy jakieś zabiegi producenta? Macie jakieś doświadczenia z tymi produktami?



Następnie na tapetę poszedł hit - Bourjois Rouge Edition Velvet w odcieniu 06 Pink Pong. Powiem Wam szczerze - dotychczas miałam tylko jedną szminkę z tej serii i darzyłam ją umiarkowaną miłością. Chyba jednak źle jej używałam. Ten odcień po lekkim zaschnięciu jest przegenialny. Trzyma się świetnie, nie wysusza ust i bardzo mi się spodobał komfort użytkowania.



Ostatnią propozycją jest szminka z jednej z moich ulubionych drogeryjnych serii -  Maybelline Color Sensational Vivids w odcieniu 900 Hot Plum. Uwielbiam te szminki -są kremowe, ładnie wyglądają na ustach, ich pigment jest szałowy. Są idealne na lato i bardzo twarzowe. Odcień Hot Plum jest nieco chłodniejszy niż moje pozostałe typy, jednak na żywo również wygląda pięknie!



Znajdujecie w tym zestawieniu coś dla siebie? Jakie wykończenia produktów do ust lubicie? I w końcu - jak to u Was jest z fuksją? Ja ten kolor uwielbiam i posiadam go w swoim zbiorze w wielu wersjach, odcieniach i tonacjach.

2015/05/14

Mûrier C-Shot Vitamin C - duet na dzień i na noc - KONKURS


Duet Mûrier C-Shot Vitamin C by day i by night to dwa uzupełniające się kremy, jakie mam od niedawna przyjemność testować. Przyznam Wam się na początku, że nie każdą propozycję współpracy podejmuję, a jeśli chodzi o pielęgnację jestem wybitnie wybiórcza. Nie dlatego, że mam za dużo wiadomo gdzie. Po prostu dlatego, że mam jedną twarz i nie jestem w stanie przetestować WSZYSTKIEGO :) Choć uwierzcie mi, bardzo bym chciała :D

Z marki Mûrier (KLIK) na pierwszy ogień wybrałam linię z witaminą C - taki bezpieczny ruch z mojej strony, bo większość kosmetyków z witaminą C mi służy. A jak jest z tymi kremami? Nietrudno się domyślić, że bardzo dobrze. Od razu zaznaczę - dobrze jest używać obu kremów, mam wrażenie, że ich działanie dobrze się uzupełnia. Po ponad miesiącu stosowania mogę napisać moje wstępne obserwacje i myśli dotyczące tego duetu. Jeśli dotrzecie do końca posta, czeka tam na Was mała niespodzianka! 


Na początek dwa słowa uniwersalnie o opakowaniach. Kremy umieszczone są w tubkach po 50ml. Lubię tubki, bo wygodnie można je transportować (są lżejsze niż szklane słoiczki więc świetnie sprawdziły mi się w podróży) i do samego końca wycisnąć. Jest jedna drobna rzecz, którą zmieniłabym w kwestii opakowania. Bzdura, ale znacznie ułatwiłoby mi to użytkowanie. Otóż, obie tubki - ta na dzień i na noc - są takie same. Różnią się jedynie opisem (żółty napis na białym tle...wiecie o co chodzi) i  symbolem "dnia" i "nocy". Mam niewielką wadę wzroku i wolałabym jakieś wyraźniejsze oznaczenia tubek tak, żebym mogła spokojnie chwycić po odpowiednia tubkę :)

Oba kremy subtelnie pachną. Określiłabym ten aromat jako delikatne i nienachalne połączenie cytrusów z lekką słodką (waniliową?) nutą. Nie męczy nosa ale uprzyjemnia aplikację produktu. 

Krem w wersji na dzień posiada filtr UV jednak nie znalazłam nigdzie informacji o tym jak wysoki. Jeśli znajdę - uaktualnię wpis. Krem ma za zadanie nawilżyć skórę, rozświetlić ją, ochronić przed szkodliwymi czynnikami środowiska i promieniowaniem UV. Przeznaczony jest do codziennej pielęgnacji cery szarej, zmęczonej, wymagającej odżywienia.
C-Shot Vitamin C na dzień jest lekki, ładnie się wchłania i doskonale sprawdza pod makijaż - nic w trakcie dnia z twarzy nie spływa, świecenie utrzymuje się powiedziałabym na normalnym poziomie (zależne u mnie od podkładu, Pro Longwear M·A·C trzyma satynowo-matowe wykończenie na tym kremie praktycznie cały dzień). Skóra jest nawilżona cały dzień. 

Krem w wersji na noc mam ma podobne zadania, nie posiada oczywiście filtra bo i po co :) Ten produkt jest zdecydowanie bogatszy w moim odczuciu niż wersja na dzień. Ma również nieco bardziej napinające właściwości. Czuć, że skóra jest nawilżona ale również uelastyczniona. Po przebudzeniu jest świeża, odżywiona, zaczerwienienia są złagodzone. 

Poniżej zdjęcie obu kremów, z lewej krem w wersji na noc, z prawej na dzień. Widać, że ten na dzień ma lżejszą, luźniejszą konsystencję.


Bardzo polubiłam ten duet. Przyjemnie się je stosuje, właściwości produktów dostosowane są do pory dnia, na jaką są one przeznaczone. Podoba mi się wpływ jaki już po kilku tygodniach mają na moją skórę. Pomijając drobne wypryski, których niestety nie wyeliminuję (hormony, miesiączka, czasem jakieś ostre danie) krem nie spowodował u mnie żadnego wysypu, świetnie nawilżył moją cerę, mam wrażenie, że moja skóra po zimie dzięki tym kremom jest w bardzo dobrej kondycji, bez większych przebarwień. 

 Teraz czas, żebyście i Wy mogli się przekonać, za co polubiłam te kremy. Mam dla Was jeden nowiutki, zafoliowany zestaw kremów na dzień i na noc z linii C-Shot Vitamin C. Wystarczy wypełnić i wysłać formularz poniżej. Wybiorę jedną osobę, którą nagrodzę tymi kremami. Macie czas do 30 maja. Regulamin poniżej. 


Regulamin konkursu:
1. Konkurs trwa do 30.05.2015 do godziny 22.00 i jest organizowany i przeprowadzany przeze mnie - autorkę bloga Sweet&Punchy.
2. Nagrody ufundowała firma Mûrier.
3. Dane osobowe (imię, nazwisko, mail) nie są zbierane w celach innych niż weryfikacja zgłoszeń.
4. Wyniki zostaną ogłoszone do około tygodnia po zakończeniu zabawy (UWAGA, czas ogłoszenia wyników może ulec zmianie).
5. Osoba, która wygra proszona jest o kontakt mailowy w ciągu 48h od ogłoszenia wyników i podanie danych do wysyłki. W ciągu kolejnych 5 dni roboczych nagrody zostaną wysłane do zwycięzcy Pocztą Polską.
6. W przypadku braku zgłoszenia mailowego w ciągu 48h od ogłoszenia wyników, po rzeczonych 48h wybieram kolejnego zwycięzcę.
7. Nagrody nie podlegają wymianie na równowartość pieniężną.
8. Jeśli nie jesteś osobą pełnoletnią - będę prosiła o przesłanie zgody rodziców na udział w konkursie.
9. Przystąpienie do konkursu jest jednoznaczne z przyjęciem warunków niniejszego regulaminu.
10. W razie jakichkolwiek wątpliwości co do nagród, zasad, itp - zachęcam do kontaktu! 
11. Konkurs nie podlega przepisom Ustawy z dnia 29 lipca 1992 roku o grach i zakładach wzajemnych (Dz. U. z 2004 roku Nr 4, poz. 27 z późn. zm.). 

2015/05/12

Kiko Night Balm - cichy bohater

 
Uwielbiam malować usta, czytając mojego bloga na pewno o tym wiecie. Jednak stosowanie nawet tych mało inwazyjnych produktów w dzień nie likwiduje potrzeby silnej regeneracji nocą. Sądzę, że moja skóra jest już przyzwyczajona, że musi mieć coś na sobie. Dlatego z lubością stosuję wszelkie balsamy, masełka i inne mazidła, które przez noc dbają o komfort moich ust.

W zasadzie używam i używałam tak wielu produktów, że trudno byłoby poświęcić każdemu osobną notkę. Jednak balsam z Kiko zasłużył sobie na wyróżnienie. Poleciła mi go Kaśka i przyznam szczerze z dużą dozą sceptycyzmu do niego podeszłam. Jednak w ramach akcji poznawania bliżej marki kupiłam go i wracając do domu już musiałam go użyć. Po całym dniu biegania po sklepach moje usta niepoprawione szminką wołały o pomoc. Nałożyłam zatem balsam i zakochałam się w nim bez pamięci. Już oczywiście przy okazji złamałam przykaz, by stosować go na noc, ale uważam, że ten balsam doskonale sprawdzi się także w dzień, pod warunkiem oczywiście, że zachowamy podstawy higieny. *


Balsam jest przejrzysty, mocno treściwy, bogaty w konsystencji. W momencie nałożenia go na usta - te po prostu odżywają. Niektóre balsamy wysychają i po paru chwilach nie bardzo czuć cokolwiek na ustach, czasem wręcz usta mają się po nich gorzej. Tutaj uczucie ulgi i nawilżenia utrzymuje się do rana, mimo, że śpiąc na brzuchu większość tego balsamu wycieram w poduszkę. Najwidoczniej to, co ma się wchłonąć wchłania się dobrze. Rano po przebudzeniu nie mam uczucia suchych, spierzchniętych ust, są one ładnie przygotowane pod makijażowe szaleństwa.


Zapach określiłabym jako klasyczny kremowy, lekko słodki, może minimalnie w tle głęboko czuć w nim jakąś wanilię? Nie jestem pewna bo pachnie bardzo subtelnie ale przyjemnie. Co ważne, nie ma smaku. 6,5ml kosztuje 25zł. Czy to dużo? Dla mnie przy tym działaniu cena jest do zaakceptowania, zwłaszcza, że znam droższe pielęgnacyjne produkty do ust, które nie zachwycają aż tak jak ten. 

Dopiszę tylko, że ogromnie się cieszę, że sklepy Kiko zaczęły się u nas pojawiać. Moje pierwsze doświadczenia z tą marką nie były za dobre, ale albo bardzo się poprawiła, albo na Polskę robią jakieś wyjątkowo dobre partie bo kupiłam już sporo produktów i chyba z każdego jestem zadowolona. Polecam Wam salon w Pasażu Grunwaldzkim - dziewczyny świetnie doradzają (i namawiają :P tylko na dobre produkty na szczęście) i są bardzo pomocne. A do tego jest miło i mało nachalnie :) super! 


* Kiko ma w swojej ofercie jeszcze kilka innych ochronnych produktów do ust i przy najbliższej okazji planuję je wypróbować. Kiko Night Balm jest jedynym z tej gamy produktem w słoiczku, reszta to sztyfty czy tubki także doskonale nadadzą się do torebki.