2014/07/25

NA.LA PRO Academy odsłona 2



Jak wiecie z poprzedniego posta w końcu udało mi się spełnić jedno z moich największych marzeń i od już ponad miesiąca uczestniczę w kursie wizażu w szkole Natalii (KLIK). Matko, to już miesiąc, w niedzielę piąte spotkanie! Czas tak szybko pędzi! Ponieważ moja pierwsza relacja cieszyła się sporym zainteresowaniem, z radością przybywam podzielić się kolejną porcją wrażeń :) Postaram się to robić w dwutygodniowym cyklu. Będzie raczej dość zwięźle ale mam nadzieję, że jeśli ktoś z Was rozważa wzięcie udziału w tego typu przedsięwzięciu to taki ogólnikowy zarys powinien dać pogląd na to jak ten konkretny kurs jest zbudowany.


Zajęcia pierwsze i drugie były sporą dawką teorii za to już kolejne przebiegają według schematu: minimum gadania - maksimum malowania! Trzecie zajęcia Natalia rozpoczęła od pokazania nam makijażu, i to nie byle jakiego! Zostałyśmy rzucone na głęboką wodę bo w tym jednym mejkapie było technik co nie miara - baza z cieni w kremie, do tego pigmenty w różnych wykończeniach, cienie prasowane, linery no i oczywiście brwi :) Wszystko na jednym oku! A w zasadzie na oczach naszej pięknej modelki Kasi :) I naszym zdaniem bylo takie cudo odtworzyć na oczach naszych koleżanek z pary :)


Na pierwszy ogień poszła moja Karolina i zrobiła ten makijaż na moich kiepskich oczach - miała więc na dzień dobry trudniej. Ja tydzień później zaczęłam zajęcia od wykonywania makijażu na niej i muszę przyznać z ręką na sercu, że miałam ułatwione zadanie - oczy Karoliny, duże, piękne, wyraziste, aż się proszą o taki makijaż, zdecydowanie na moich trudniej było osiągnąć tak seksowny look, niemniej strasznie mi się podobał i taaaaaak seksownie się czułam wracając w takim kocim oku do domu :D 

Tu Karola podziwia swoje dzieło :)) No i nieodłączny element kursu czyli selfie w lustrze :D 


A tu macie zbliżenie na makijaż jaki wykonałam na przepięknych oczętach Karolinki! Nie obyło się oczywiście bez wpadek - na przykład akurat kiedy malowałam złotą kreskę, liner (MAC Superslick Pure Show) postanowił, że się wypisze, a co! więc na ostatnim jego tchnieniu wykańczałyśmy krechy! Przyznam, że Karolina w tym makijażu wyglądała nieziemsko i choć na co dzień nie nosi mocno pomalowanych oczu to makijażu nie zmyła i dzielnie w nim pozostała!




Zaraz po tym jak skończyłam malować Karolę po krótkiej przerwie zjawiła się nasza modelka Ewa, na której oczach Natalia pokazała nam dwie techniki malowania prostego już (w odróżnieniu od powyższego) look'u. Omówiła przy tym wykonywanie makijażu techniką przyciemniania i rozjaśniania. I zrobiła takie piękne eleganckie oczko!



Następnie - werble - przybyły nasze modelki! Pierwszy raz zdarzyło mi się chyba, że malowałam osobę, którą zobaczyłam praktycznie w momencie jak usiadła na krześle! Wyobrażacie sobie moje nerwy?! Na szczęście okazało się, że denerwowałam się zupełnie niepotrzebnie, bo moja modelka, Karolina, okazała się być moją bratnią duszą i z każdym kolejnym zamienionym zdaniem było coraz sympatyczniej :) A jeszcze jak w rozmowie wynikło, że też lubi kolorowe makijaże i nie stroni od takich na co dzień - byłam w siódmym niebie! Pędzle poszły w ruch, śmiechu było dużo, lody dla ochłody też się znalazły, i wentylator, także nic tylko pracować! Efekty pracy i mały backstage możecie podziwiać poniżej.






Nieskromnie powiem, jestem zachwycona tym jak to pięknie wyszło. Dodam, że Natalia ciągle czuwała, podrzucając wskazówki i podpowiadając co jeszcze poprawić, ale praktycznie makijaż wykonałam sama z czego jestem niezmiernie dumna!

W niedzielę czekają mnie trudne zajęcia choć nie ukrywam, że przynajmniej odrobinę wprawy w tej kwestii mam - będziemy się bowiem uczyły wszystkiego, czego można o eyelinerach i kreskach! Mocno trzymajcie za mnie kciuki, bo zadanie będzie niełatwe i nie chciałabym zawieść mojej kolejnej ślicznej modelki, a o tym, kto to będzie, dowiecie się już niebawem :))))

Przypominam wszystkim zainteresowanym teraz lub w przyszłości, że na hasło "SWEET & PUNCHY" zawarte w zapytaniu do Natalii otrzymacie 10% zniżki na cały kurs! 

Jeśli chcecie pooglądać Natalii prace, zapraszam Was do jej miejsc w sieci:

Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym przy okazji wizyty we Wrocławiu nie zahaczyła o salon MACa ;) Na zajęciach bowiem zachwyciłam się właściwościami korektorów Pro Longwear i stwierdziłam, że jest to dla mnie niezbędnik :) Przy okazji wpadło też klika innych pięknotek. Coś czuję, że fakt, że nauczyłam się w końcu sama jeździć do Wrocławia bez stresu o trasę nie będzie zbyt szczęśliwy dla mojego portfela ;) hehe. A tymczasem uciekam się uczyć :)


2014/07/17

Chanel na lato - fioletowe love


Propozycja Chanel na lato w tym roku bardzo mnie zachwyciła, zdecydowanie poproszę więcej takich kolekcji! Lakiery podobały mi się chyba wszystkie, ostatecznie zdecydowałam się jednak na Sweet Lilac, natomiast z cieniami w kremie miałam spory problem. W oko wpadła mi widoczna na zdjęciu Utopia a także mieniący się milionem drobinek New Moon. Niewykluczone, że jeśli jeszcze go gdzieś znajdę - capnę. Padło jednak na piękny skrzący jasny fiolet. Akurat jedno pasuje do drugiego :)


Lakier jest cudny - rzadko kiedy moją uwagę przykuwa najspokojniejszy odcień z kolekcji ale tym razem tak się właśnie stało. Sweet Lilac to delikatny pastelowy fiolet z mikroskopijnymi drobinkami, których nawet na paznokciu nie widać. Dzięki temu jest praktycznie kremowy ale błyszczy się cudownie. Kryje pięknie przy dwóch warstwach i ładnie trzyma się paznokci (chodziłam z nim coś koło 3-4 dni i nie zauważyłam odprysków ani większych niż normalnie otarć*). Kiedy jakiś czas temu pożyczyłam do przetestowania jakiś jesienny bodaj krwisty czerwony lakier Chanel już myślałam, że więcej po nie nie sięgnę, bo mimo odpowiedniego jak zawsze przygotowania, siedział on u mnie dobę po czym zaczął odpryskiwać. Bałam się, że namieszali coś z formułą ale nie - przy Sweet Lilac wszystko jest ok.


Gdyby moja płytka była równiejsza, i gdybym ładniej nakładała pierwszą warstwę lakieru to w sumie ten lakier mógłby się obronić przy jednej delikatnej mlecznej warstwie. Ot - taki dzienniak, na szybko.


Dwie warstwy w różnym świetle prezentują się tak:




Cień Utopia to równie delikatny fiolet. Tutaj jednak, w odróżnieniu od lakieru, mamy do czynienia z miliardem migoczących drobinek. Utopia jest piękna, jej konsystencja w zasadzie nie różni się jakością od pozostałych cieni Illusion D'Ombre. Jest to cień kremowy, ale działający na zasadzie cream to powder. Miękka pianka, która pod naciskiem palca jest dość plastyczna, nakłada się idealnie zarówno palcami jak i pędzlem. Bardzo ładnie łączy się z innymi cieniami.



Utopia fajnie może wyglądać na powiece solo jeśli lubicie delikatne rozświetlające makijaże. Ja przeważnie daję go w wewnętrzny kącik oka, na dolną powiekę lub jako roztarcie ciemniejszych cieni. W szybkim makijażu oka jaki Wam pokażę użyłam tego cienia w każdy z powyższych sposobów. Najpierw jednak swatche.



I makijaż. Nie jest to żaden cud techniki, ot taki zwykłak. Na obszar powieki ruchomej nałożyłam błyszczący cień w kremie z Pupy (KLIK) a roztarłam go Chanel Utopia.



Bardzo podoba mi się ten duet, lakier już kilkakrotnie lądował na moich paznokciach, jestem w nim zadurzona. To dziwne, bo jest dość delikatny. A jednak przypadł mi do gustu. A Wy co sądzicie o tym duecie?

* Pomyślałam, że w tym miejscu przedstawię Wam pokrótce charakterystykę moich paznokci bo w sumie sporo lakierów pokazuję i mało skupiam się na ich trwałości. A wynika to z tego, że moje paznokcie (podobnie jak włosy) rosną bardzo szybko. Nie wyobrażam sobie nosić i testować jednego koloru przez tydzień, bo miałabym takie odrosty, że wyglądałoby to niesamowicie nieestetycznie. Dlatego najdłużej u mnie lakier siedzi 3-4 dni (5 i więcej zdarza się praktycznie tylko wtedy, kiedy jestem zwalona z nóg chorobą i nie mam siły na nic a do tego nigdzie nie wychodzę i nikt mnie nie widzi). I dlatego też niezależnie od lakieru po 3-4 dniach mam lekko przytarte końcówki. Nie narzekam na ten stan rzeczy, w końcu wiem, że wiele osób marzy o szybko odrastających paznokciach. Jednak z wielu powodów taki stan rzeczy też nie jest do końca ok.

2014/07/10

Gdzie ostatnio znikam w niedziele - NA.LA PRO ACADEMY


Postanowiłam niedawno, że okres przed 30stką to perfekcyjny czas, żeby zacząć spełniać swoje najskrytsze marzenia i realizować plany. Jednym z takich moich odwiecznych planów było wzięcie udziału w kursie makijażu z prawdziwego zdarzenia. Wiecie dobrze, że z racji prowadzenia bloga "coś tam sobie tworzę" na mojej twarzy. Czasem to wychodzi lepiej, czasem gorzej. Jakiś czas temu zaczęłam przykładać większą wagę do tego, jak moje makijaże wyglądają na co dzień. Zaczęłam też malować innych. Chyba z powodzeniem, bo może i szaleństw póki co nie ma, ale koleżanki i znajome, które zdarzyło mi się pomalować raz, często do mnie wracają. :) 

Nie miałam okazji wcześniej zrobić typowego dłuższego kursu, ponieważ wszystko, co brzmiało logicznie (a najlogiczniej brzmiała dla mnie Akademia Makijażu na Mokotowskiej) - było niestety zbyt oddalone od mojego miejsca zamieszkania. A tłuc się przez rok co weekend 4,5h (w jedną stronę) pociągiem - do teraz wydaje mi się katorgą. Dlatego niezmiernie się ucieszyłam kiedy dowiedziałam się, że znana mi od wielu już lat wizażystka Natalia Stawiarska - utytułowana i przede wszystkim bardzo utalentowana dziewczyna - zamierza ruszyć z kursami w bliskim mi odległościowo i nie tylko Wrocławiu! Po dokładnym przemyśleniu wszystkich ZA i PRZECIW zdecydowałam się zapisać i już po dwóch zjazdach powiem Wam tyle: było warto :D (PRZECIW był tylko jeden: dojazd i związane z nim wstawanie w niedzielę o nieludzkiej 7 rano). 


Pracownia to istny raj - bardzo podoba mi się to, że wszystko tu ma swoje miejsce, jest elegancko, profesjonalnie... brakuje tylko materaca i komputera i mogłabym tam zamieszkać :D A całkiem serio - której kosmetykoholiczce nie zabiłoby szybciej serce na widok tego:



Kurs to nie przelewki ale jednocześnie to świetna zabawa :) Wiedzy jest ogrom! Zaczęliśmy od zajęć teoretycznych - było więc dużo informacji o tym jak higienicznie używać kosmetyków, poznałyśmy też zasady wedle których należy przygotować stanowisko do wykonywania makijażu. Dowiedziałyśmy się jak profesjonalnie i kompleksowo zająć się klientką i pogadałyśmy o naszych bestsellerach. Śmiechu było sporo ale równie dużo pojawiło się ciekawych i przydatnych informacji! Bardzo fajny był również wykład o historii makijażu - ogólnie nie nadążałam z robieniem notatek! Drugi zjazd zaczął się tematem konkretnym czyli twarzą i jej kompleksową "obsługą" - od doboru bazy, przez podkłady, korektory, konturowanie, itp. Mózg parował a informacji przybywało! Potem było trochę o oczach i pierwsze praktyki. Zdjęć nie mam, to co zmalowałam Candy Killer (taaaaaaak, uczymy się razem z Gosiaczkiem!) nie nadaje się do pokazania publicznie. ;) A tematem było konturowanie na sucho i mokro... o ile to pierwsze nawet mi wyszło o tyle tego drugiego nie znoszę i jest to dla mnie nie lada wyzwanie...




Prowadzące są przemiłe i dokładają wszelkich starań, żebyśmy czuły się dobrze i jednocześnie, żeby wiedza, jaką otrzymujemy była na najlepszym poziomie z możliwych! To naprawdę widać - podobnie jak to, że dziewczyny kochają to co robią :)

Natalia :) 

 Dominika :)

Bardzo podoba mi się (taaak, mimo, że marudzę to mi się podoba) to, że mamy zadania do wykonania. Fakt - w dorosłym życiu, kiedy na głowie praca, dom, koty ;) każda godzina jest na wagę złota. Ale z drugiej strony myślę sobie tak: robię to dla siebie, nie wiem, może kiedyś taka umiejętność mi się przyda, może kiedyś będę chciała malować innych nie tylko dla zabawy ale i w celach dorobkowych. Dlatego traktuję tę sprawę poważnie i jak każą ćwiczyć w domu to ćwiczę :D Co z tego wychodzi? Pierwsze zadanie domowe polegało na odtworzeniu makijażu z wybranego dla każdej z nas dziesięciolecia. Mi w udziale przypadły lata 40ste. Postawiłam na pin up :D Dodatkowo miałyśmy bardzo kreatywne zadanie - miałyśmy zrobić makijaż twarzy jednym produktem: płynnym korektorem o ciemnoczekoladowym kolorze. Oprócz niego wolno nam było użyć jedynie podkładu i tuszu do rzęs. Pokażę Wam efekty choć błagam o wyrozumiałość :) To moje prace domowe, więc nie są na pewno idealne, ba, daleko im do "dobrych". Nie bijcie :D





Przyznam się Wam szczerze i bez bicia - boję się, że ten kurs za szybko się skończy! Ledwo się zaczęło, a już za mną dwa zjazdy. Mam nadzieję, że kurs ten oprócz umiejętności i warsztatu da mi też pewność siebie i wprawną rękę w wykonywaniu makijaży na innych. Wiem, że z ambitnym podejściem Natalii to ma wielkie szanse się spełnić! 

Kilka technicznych informacji. Kurs odbywa się w trybie dziennym i zaocznym więc dla dojezdnych również znajdzie się czas :) Osób w grupie jest maksymalnie 6, więc prowadzące mają możliwość czuwać nad każdą osobą, pomagać, odpowiadać na pytania, uczyć. Nie ukrywam, że to dużo daje. Całość kursu trwa 3 miesiące po czym można kontynuować naukę przez kolejny miesiąc na kursie doszkalającym. Wszystkie potrzebne pozostałe informacje można otrzymać po bezpośrednim skontaktowaniu się z Natalią (fanpage: NA.LA - klik), gdyby ktoś był zainteresowany. 

A jeśli znalazłyby się tutaj osoby chętne na taki kurs w przyszłości to chciałam poinformować, że na hasło "SWEET & PUNCHY" zawarte w zapytaniu do Natalii otrzymacie 10% zniżki na cały kurs! Faaaaaaaajnie co? :) 

Zostawiam Was z moim cudnym selfie ;) i uciekam robić kolejne zadania! 
Napiszcie, czy bylibyście zainteresowani takimi relacjami z kursu raz na jakiś czas :) ja chętnie się z Wami podzielę wrażeniami!


2014/07/09

MAC Moody Bloom


Czekałam na kolekcję Moody Bloom z ogromną niecierpliwością! Feeria barw i nowe odcienie - to to co po prostu uwielbiam, jakkolwiek bolesne by to nie było dla portfela. Miejcie proszę w pamięci, że mam te produkty od niedzieli, chciałam Wam je głównie pokazać i podzielić się swatchami i pierwszymi wrażeniami. Niemniej używam M·A·Ca już tak długo, że wiem, jak poszczególne kosmetyki zachowują się i jak powinny się zachowywać.


Fluidline Black Ivy póki co wypróbowałam tylko na dłoni - dopiero wtorek, więc nie bijcie :) Odcień jest dość dziwny, nie wiem kompletnie dlaczego taka a nie inna nazwa - nie jest ani mocno czarny, ani zielony. To morski dość ciemny turkus o lekko shimmerowym wykończeniu. Pędzelkiem rozprowadza się standardowo - ciężko mi namalować równą kreskę na dłoni ale nigdy nie miałam problemów z namalowaniem jej Fluidkami na oku. W dzisiejszym makijażu nowościami akurat nie udało mi się go użyć, ale w przyszłości z pewnością pokażę przy jakiejś okazji jak prezentuje się na oku. 



Szminka Sheen Supreme była na mojej liście od początku, po swatchach na Temptalii wiedziałam, że któryś sztyft do mnie zawita. Padło na najbardziej unikatowy czyli tytułowy Moody Bloom. Nie ukrywam jednak, że chyba zapoluję na jeszcze któryś przy najbliższej okazji, w oko wpadły mi jeszcze Phosphorescent i Lust Extract. Moody Bloom to dziwadełko - ale M·A·C umie tworzyć tego typu niestandardowe odcienie. W sztyfcie to brązowe złotko. Wygląda tak zapewne dlatego, że jest napakowane złotym shimmerem ale baza tej szminki jest lekko wiśniowa, ciemniejsza nieco. W efekcie na ustach otrzymujemy lekką poświatę złota i delikatne podbicie odcienia ust.  



 
Róż Worldly Wealth jest opisany jako brąz z domieszką różu, choć osobiście widzę w nim domieszkę różu i brzoskwini. Jak większość róży M·A·C jest pięknie napigmentowany, łatwo się blenduje, nie robi plam i solidnie trzyma się na policzku. Nawet mimo dzisiejszych upałów. Pięknie będzie wyglądał na opalonych skórach. 


 
Jeśli śledzicie mojego bloga dostatecznie długo to wiecie, że cienie z M·A·C to jeden z moich ukochanych produktów i posiadam ich w moich zbiorach nieprzyzwoicie dużo ;) Uwielbiam kiedy marka przy okazji limitowanych kolekcji wypuszcza nowe odcienie cieni pojedynczych. Jasne, lubię cienie innego rodzaju jak choćby Extra Dimension (KLIK). Ale M·A·C i ich cienie pojedyncze to jakość sama w sobie. A w tej kolekcji mamy aż 4 nowe odcienie! Obłęd! Oczywiście poleciałam po wszystkie 4 bo Lucky Green (KLIK) i Deep Fixation już posiadam. Blooming Mad to delikatny świetlisty fiolet w wykończeniu frost. Ma konsystencję jak marzenie, nakłada się pięknie, ma fantastyczne właściwości - gdy go dzisiaj nałożyłam na Green Room ten zyskał niebieską poświatę. Rzeczony Green Room to satyna - mocny wielowymiarowy shimmer w panie i na oku. Nie mam problemu z uzyskaniem ładnego krycia tym cieniem, fajnie się zblendował - brak zastrzeżeń. Hidden Motive i Artistic License to dwa cienie w wykończeniu veluxe pearl - piękna intensywna śliwka z różowymi tonami i delikatna złota brzoskwinia. Wszystkie są absolutnie piękne, nie sprawiają problemów z aplikacją. 


Artistic License, Blooming Mad, Green Room, Hidden Motive

I na koniec makijaż, który zrobiłam dziś rano na szybko produktami z tej kolekcji. Z różem nie chciałam przesadzić i w konsekwencji prawie go nie widać ;) A poza tym na powiece Lucky Green, Green Room i Blooming Mad na powiece górnej, Artistic License i Hidden Motive na dolnej, bardzo delikatnie. Na ustach Moody Bloom. Z cieniami będę kombinować dalej.





Co sądzicie o tej kolekcji? Zaopatrujecie się w coś? Macie na coś chrapkę? Ja bardzo polecam przyjrzeć się zwłaszcza cieniom i lekkim szminkom Sheen Supreme bo w tej kolekcji wyszły w naprawdę szałowych kolorach! A już niebawem podzielę się z Wami małą ciekawostką :) Ale to w osobnym poście :)))