2014/08/17

M·A·C Kelly & Sharon Osbourne - letnia limitowana edycja


Kolekcje powstałe w wyniku współpracy M·A·C z celebrytami zawsze budzą moją ciekawość. Czy kolory będą uniwersalne, co z formułami, a przede wszystkim w jaki sposób ekipa M·A·C odda charakter danej osoby, czy trafi w moje o niej wyobrażenie. Sharon i Kelly są mi znane przede wszystkim jako żona i córka Ozziego, którego muzyka leciała u mnie w domu regularnie jeszcze kiedy byłam mała. Same postaci miałam potem okazję obejrzeć kilka razy w jakimś programie na VIVIE (czy innej "pseudomuzycznej" telewizji), który przedstawiał szalone życie tej postrzelonej rodzinki ;) Czego się spodziewałam? Wydaje mi się, że dokładnie tego, co M·A·C wyczarował w tej współpracy. 

Sharon i Kelly to jakby dwa przeciwne bieguny. Sharon zawsze wydawała mi się bardzo spokojną wyważoną kobietą (na tyle, na ile okoliczności życie jej na to pozwalały ;) ). Kelly z kolei na głowie miała wszystko, od mocnego makijażu nie stroniła (pomijając, że czasem eksperymenty wychodziły średnio) i zawsze kojarzyła mi się z taką pozytywną wariatką. Dlatego sądzę, że obie części kolekcji są zrobione dobrze - oddają moje wyobrażenia o obu paniach i tworzą jednocześnie kosmetyczne odbicie matki i córki nazwiskiem Osbourne. 


Pierwsza partia produktów przyleciała do mnie od M·A·Cowych dziewczyn, na kolejne dwie rzeczy skusiłam się w sklepie online, bo stacjonarnie kolekcja dostępna jest tylko w salonach w Złotych Tarasach i Galerii Mokotów.

Podwójny puder do twarzy z linii Sharon - Refresh to bronzer połączony z częścią rozświetlającą. Partia brązująca nie jest mocno pomarańczowa, przynajmniej na mojej skórze. Czy odjęłabym z niego jeszcze trochę pomarańczu? Pewnie tak, ale to dlatego, że nadal na rynku brakuje mi takich totalnie neutralnych / chłodniejszych bronzerów. Niemniej nie jest tutaj najgorzej. Natomiast absolutna miłość zaczyna się tam, gdzie bronzer się kończy. Rozświetlacz jest prze-cud-ny! Karen z bloga Makeup And Beauty blog wiele by oddała za pełne opakowanie tego rozświetlacza, kto czyta i lubi Karen ten będzie zdziwiony CO by oddała ;) Produkt ten przypomina w konsystencji stary dobry (bo aktualnie formuła uległa "tuningowi" który ani trochę mi się nie podoba) Soft & Gentle. Uwielbiam i coś czuję, że ta odrobinka szybko się skończy...


Każda część pudru Refresh osobno prezentuje się następująco: 

 Natomiast nałożone pędzlem (tym ze zdjęcia powyżej) obydwa produkty prezentują się bardzo subtelnie:


Kolejnym produktem jaki bardzo chciałam mieć z tej kolekcji to róż Cheeky Bugger z linii Kelly. Mam słabość do koralowych róży i to chyba się nigdy nie zmieni. Odrobina nerwówki przy zamawianiu (produkty chodliwe na stronie znikają w tempie ekspresowym), drugie tyle przy akcji z kurierem i w końcu doleciał! Cheeky Bugger  jest opisany jako "brzoskwiniowo-brązowy" niemniej dla mnie to różowy koral. Odcień jest bardzo delikatny, dziewczęcy. Opisany jest jako satyna, efekt tej charakterystycznej dla satyny poświaty jest niewielki za to róż usłany jest mikroskopijnymi drobinkami,, które nie są bardzo nachalne ale ładnie ożywiają lico. 



Na swatchu wygląda bardzo delikatnie, dużym problemem było dla mnie uchwycenie jego uroku. 


I na koniec produkty do ust. Błyszczyk Pussywillow to na pierwszy rzut oka nie mój odcień. Jednak jak na delikatesy jest dość unikatowy - w przezroczystej bazie mamy dosłownie miliardy drobniuteńkich błyskotek w odcieniach różu, pomarańczu i zieleni. Całość jest bardzo intrygująca, przyznam, że zdarzyło mi się nałożyć go na usta solo i dał sobie radę. Jak na klasycznego lipglassa przystało błyszczyk jest dość konkretny w konsystencji, gęsty, trochę klejący ale jako posiadaczka krótkich włosów nie narzekam ;) Tradycyjnie też pozostawia usta odżywione i nawilżone a do tego pięknie pachnie :))) 

Szminka Kelly Yum-Yum to wariacja na temat słynnej Candy Yum-Yum. Candy Yum-Yum jest szminką kultową choć ze względu na jej mocno dający po oczach odcień i niezbyt chętnie współpracującą formułę sięgam po nią w wyjątkowych sytuacjach. Kelly Yum-Yum jest cieplejszą, bardziej stonowaną wersją słynnego neona w dodatku w wykończeniu satynowym. Nie dość, że dużo łatwiej się nią operuje, to jeszcze jest zdecydowanie bardziej wyrozumiała dla wszelkich suchych skórek. Odcień tej szminki jest odrobinkę bardziej spokojny, choć nadal jest wyrazista :) A do tego to bajeranckie fioletowe opakowanie!


Swatche obu produktów: 


Szminka Kelly Yum-Yum na ustach:


I porównanie z Candy Yum-Yum. Na górnej wardze - Kelly, na dolnej Candy. Widać różnicę zarówno w konsystencji jak i odcieniu :)


Jako ciekawostka - swatche podobnych szminek M·A·C:

 Sheen Supreme Lust, Candy Yum-Yum, Kelly Yum-Yum, Quick Sizzle

Ostatnim produktem jest konturówka. M·A·Cowe konturówki darzę dużą sympatią bo są miękkie, trwałe i mają piękne odcienie. W dodatku akurat Lip Pencile od  M·A·C nie wysuszają ust - jeśli traficie na jakiś pasujący Wam odcień, można stosować go solo. Ja w ten sposób użyłam właśnie Cranberry - dzięki czemu kolor na moich ustach trzymał się dłużej niż w przypadku standardowej szminki. Cranberry to odcień, który będzie perfekcyjny na nadchodzącą jesień - pod szminki o brązowo-fioletowych tonach. Opisany jako miękki żółty róż (ekhm) jest dla mnie wyjątkowo naturalny, spokojny.



Na ustach prezentuje się przepięknie i klasycznie, z pewnością będzie moim hitem tej jesieni!


Makijaż, w którym użyłam szminki Kelly Yum-Yum dodatkowo z błyszczykiem Cremesheen z limitowanej świątecznej edycji z zeszłego roku o wdzięcznej nazwie Call Me Gorgeous. ;)  Do tego na policzkach bardzo delikatnie widać róż Cheeky Bugger. Minka trochę zmęczona, ale to było w niedzielę o 7 rano - przed wyjazdem na kurs ;) Mogłam być na wpół przytomna ;)


Tak czy inaczej, cała kolekcja bardzo mi się podoba - zarówno zawartość jak i opakowania. Podoba mi się, bo w zgrabny sposób tworzy pomost między kolorowym letnim sezonem a jesienią, która już wisi w powietrzu. Jesień przybywa do mnie zawsze z mocnymi odcieniami szminek, i kuszącymi eleganckimi kolorami na paznokciach. Trochę nie mogę się już doczekać :)))

2014/08/09

China Glaze Off Shore - Sun Upon My Skin


Po długich miesiącach niepewności, lakiery China Glaze wróciły do Polski! Ja w moje niezmiennie zaopatruję się w sklepie Alphanailstylist (KLIK) i zawsze będę polecała to miejsce - raz, że wybór mają świetny, kontakt z klientem bezproblemowy i szybko realizują zamówienia. Tym razem jak widzicie na zdjęciu powyżej, zakupiłam sporo - całą kolekcję Off Shore i połowę City Flourish. Chinki nie każdy lubi, ale ja akurat je ubóstwiam, więc wiem, że będą mi służyły długo a z tymi kolorami nie wynudzę się :) 

China Glaze Sun Upon My Skin to śliczny słoneczny żółty, który bardzo ładnie wygląda na paznokciach i idealnie współgra z tonacją mojej skóry, bo jak wiadomo, z żółtkami różnie bywa. Jedynym jego mankamentem jak dla mnie jest to, że dla uzyskania pełnego krycia należy niestety nałożyć trzy warstwy. Wiecie, że nie lubię tego robić ale w przypadku tego odcienia musiałam. Rekompensatą jest fakt, że poszczególne warstwy schną bardzo szybko. No i całość prezentuje się bardzo wakacyjnie :)






Wiem, że wiele z Was nie jest zwolennikami tego typu odcieni na paznokciach, z różnych względów, co rozumiem oczywiście. Niemniej mnie Sun Upon My Skin zauroczył - z radością będę po niego sięgać częściej. A Wy jakie kolory lubicie latem? Zdarza się Wam sięgać po bardziej szalone czy pozostajecie, jak to mawia mój znajomy, przy "agresywnych beżach"? :))

2014/08/03

Douglas EYES In Love With... 25

Przybywam dzisiaj z notką krótką ale za to o bardzo ciekawym produkcie. Często z coraz większym sukcesem daję szanse produktom z Sephory - tym do makijażu i nie tylko. Postanowiłam jakiś czas temu wypróbować także te spod szyldu Douglas'a. Lakiery, choć piękne, na moich paznokciach zachowują się bardzo przeciętnie. Szkoda, bo niektóre odcienie są interesujące. Ale ja nie o tym. Pojedyncze cienie do powiek kosztują około 30-35zł i naprawdę moim zdaniem warto się skusić, zwłaszcza na ten odcień, który dzisiaj zaprezentuję.
Numer 25 to rewelacyjnie napigmentowany brąz z masą shimmeru w różnych odcieniach - widzę tu przewagę srebra, odrobinę złota i miedzi. To odcień dość niestandardowy ale perfekcyjny zarówno do stosowania solo jak i do łączenia ze wszystkim, co nam tylko do głów przyjdzie. Lubię w nim to, że w zależności od pędzla można nim uzyskać mocne krycie lub lekki dymek, i w zasadzie jednym cieniem możemy zrobić pełen makijaż oka. Jednocześnie cień nie sprawia problemów, jest wyrazisty, nie robi prześwitów i trzyma się na bazie do momentu zmycia. Poniżej widzicie cień w świetle słonecznym, dziennym i sztucznym.


Makijaż numer jeden, w którym na całą powiekę położyłam cień Douglasowy, a granice roztarłam złotkiem z MAC (chyba Gorgeous Gold ale nie dam sobie ręki uciąć). Tutaj cień dość solidnie nabudowałam, wciskając go niemal w powiekę, a roztarłam tylko granice.





A tu jeden "wiekowszy" makeup (nie patrzcie na brwi...i oklaski, każdy spojrzał, wiem wiem, ale to były starsze czasy, nie mam nic na swoje usprawiedliwienie). Od wewnętrznego kącika nałożyłam wypiekany złoty cień Glazel a połyskująca złota kreska została zrobiona linerem Superslick w odcieniu Cockiness. Ten makeup to z kolei cień w wersji delikatniejszej - mocniej roztartej, nie tak bardzo wklepanej. 


Jako mały bonus dorzucam swatche dwóch innych cieni, jakie posiadam z Douglasa - dzięki Marcie z bloga sauria80world. :* Ten bardziej migotliwy to Poseidon's Pacific a ten satynowy turkus to Magic Mermaid. Poseidon's Pacific nie jest zbyt mocno napigmentowany ale jego urokiem są te wielowymiarowe drobiny, może niezbyt widoczne na zdjęciu. Muszę kiedyś wypróbować go na kleju do brokatu bo sądzę, że da wtedy oszałamiający efekt. 


Znacie cienie z Douglasa? Macie jakieś ulubione odcienie? Mi przypadły do gustu i wiem, że jest spory wybór odcieni, wśród których każdy znajdzie coś dla siebie. Dajcie znać co o nich myślicie!

2014/07/25

NA.LA PRO Academy odsłona 2



Jak wiecie z poprzedniego posta w końcu udało mi się spełnić jedno z moich największych marzeń i od już ponad miesiąca uczestniczę w kursie wizażu w szkole Natalii (KLIK). Matko, to już miesiąc, w niedzielę piąte spotkanie! Czas tak szybko pędzi! Ponieważ moja pierwsza relacja cieszyła się sporym zainteresowaniem, z radością przybywam podzielić się kolejną porcją wrażeń :) Postaram się to robić w dwutygodniowym cyklu. Będzie raczej dość zwięźle ale mam nadzieję, że jeśli ktoś z Was rozważa wzięcie udziału w tego typu przedsięwzięciu to taki ogólnikowy zarys powinien dać pogląd na to jak ten konkretny kurs jest zbudowany.


Zajęcia pierwsze i drugie były sporą dawką teorii za to już kolejne przebiegają według schematu: minimum gadania - maksimum malowania! Trzecie zajęcia Natalia rozpoczęła od pokazania nam makijażu, i to nie byle jakiego! Zostałyśmy rzucone na głęboką wodę bo w tym jednym mejkapie było technik co nie miara - baza z cieni w kremie, do tego pigmenty w różnych wykończeniach, cienie prasowane, linery no i oczywiście brwi :) Wszystko na jednym oku! A w zasadzie na oczach naszej pięknej modelki Kasi :) I naszym zdaniem bylo takie cudo odtworzyć na oczach naszych koleżanek z pary :)


Na pierwszy ogień poszła moja Karolina i zrobiła ten makijaż na moich kiepskich oczach - miała więc na dzień dobry trudniej. Ja tydzień później zaczęłam zajęcia od wykonywania makijażu na niej i muszę przyznać z ręką na sercu, że miałam ułatwione zadanie - oczy Karoliny, duże, piękne, wyraziste, aż się proszą o taki makijaż, zdecydowanie na moich trudniej było osiągnąć tak seksowny look, niemniej strasznie mi się podobał i taaaaaak seksownie się czułam wracając w takim kocim oku do domu :D 

Tu Karola podziwia swoje dzieło :)) No i nieodłączny element kursu czyli selfie w lustrze :D 


A tu macie zbliżenie na makijaż jaki wykonałam na przepięknych oczętach Karolinki! Nie obyło się oczywiście bez wpadek - na przykład akurat kiedy malowałam złotą kreskę, liner (MAC Superslick Pure Show) postanowił, że się wypisze, a co! więc na ostatnim jego tchnieniu wykańczałyśmy krechy! Przyznam, że Karolina w tym makijażu wyglądała nieziemsko i choć na co dzień nie nosi mocno pomalowanych oczu to makijażu nie zmyła i dzielnie w nim pozostała!




Zaraz po tym jak skończyłam malować Karolę po krótkiej przerwie zjawiła się nasza modelka Ewa, na której oczach Natalia pokazała nam dwie techniki malowania prostego już (w odróżnieniu od powyższego) look'u. Omówiła przy tym wykonywanie makijażu techniką przyciemniania i rozjaśniania. I zrobiła takie piękne eleganckie oczko!



Następnie - werble - przybyły nasze modelki! Pierwszy raz zdarzyło mi się chyba, że malowałam osobę, którą zobaczyłam praktycznie w momencie jak usiadła na krześle! Wyobrażacie sobie moje nerwy?! Na szczęście okazało się, że denerwowałam się zupełnie niepotrzebnie, bo moja modelka, Karolina, okazała się być moją bratnią duszą i z każdym kolejnym zamienionym zdaniem było coraz sympatyczniej :) A jeszcze jak w rozmowie wynikło, że też lubi kolorowe makijaże i nie stroni od takich na co dzień - byłam w siódmym niebie! Pędzle poszły w ruch, śmiechu było dużo, lody dla ochłody też się znalazły, i wentylator, także nic tylko pracować! Efekty pracy i mały backstage możecie podziwiać poniżej.






Nieskromnie powiem, jestem zachwycona tym jak to pięknie wyszło. Dodam, że Natalia ciągle czuwała, podrzucając wskazówki i podpowiadając co jeszcze poprawić, ale praktycznie makijaż wykonałam sama z czego jestem niezmiernie dumna!

W niedzielę czekają mnie trudne zajęcia choć nie ukrywam, że przynajmniej odrobinę wprawy w tej kwestii mam - będziemy się bowiem uczyły wszystkiego, czego można o eyelinerach i kreskach! Mocno trzymajcie za mnie kciuki, bo zadanie będzie niełatwe i nie chciałabym zawieść mojej kolejnej ślicznej modelki, a o tym, kto to będzie, dowiecie się już niebawem :))))

Przypominam wszystkim zainteresowanym teraz lub w przyszłości, że na hasło "SWEET & PUNCHY" zawarte w zapytaniu do Natalii otrzymacie 10% zniżki na cały kurs! 

Jeśli chcecie pooglądać Natalii prace, zapraszam Was do jej miejsc w sieci:

Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym przy okazji wizyty we Wrocławiu nie zahaczyła o salon MACa ;) Na zajęciach bowiem zachwyciłam się właściwościami korektorów Pro Longwear i stwierdziłam, że jest to dla mnie niezbędnik :) Przy okazji wpadło też klika innych pięknotek. Coś czuję, że fakt, że nauczyłam się w końcu sama jeździć do Wrocławia bez stresu o trasę nie będzie zbyt szczęśliwy dla mojego portfela ;) hehe. A tymczasem uciekam się uczyć :)


2014/07/17

Chanel na lato - fioletowe love


Propozycja Chanel na lato w tym roku bardzo mnie zachwyciła, zdecydowanie poproszę więcej takich kolekcji! Lakiery podobały mi się chyba wszystkie, ostatecznie zdecydowałam się jednak na Sweet Lilac, natomiast z cieniami w kremie miałam spory problem. W oko wpadła mi widoczna na zdjęciu Utopia a także mieniący się milionem drobinek New Moon. Niewykluczone, że jeśli jeszcze go gdzieś znajdę - capnę. Padło jednak na piękny skrzący jasny fiolet. Akurat jedno pasuje do drugiego :)


Lakier jest cudny - rzadko kiedy moją uwagę przykuwa najspokojniejszy odcień z kolekcji ale tym razem tak się właśnie stało. Sweet Lilac to delikatny pastelowy fiolet z mikroskopijnymi drobinkami, których nawet na paznokciu nie widać. Dzięki temu jest praktycznie kremowy ale błyszczy się cudownie. Kryje pięknie przy dwóch warstwach i ładnie trzyma się paznokci (chodziłam z nim coś koło 3-4 dni i nie zauważyłam odprysków ani większych niż normalnie otarć*). Kiedy jakiś czas temu pożyczyłam do przetestowania jakiś jesienny bodaj krwisty czerwony lakier Chanel już myślałam, że więcej po nie nie sięgnę, bo mimo odpowiedniego jak zawsze przygotowania, siedział on u mnie dobę po czym zaczął odpryskiwać. Bałam się, że namieszali coś z formułą ale nie - przy Sweet Lilac wszystko jest ok.


Gdyby moja płytka była równiejsza, i gdybym ładniej nakładała pierwszą warstwę lakieru to w sumie ten lakier mógłby się obronić przy jednej delikatnej mlecznej warstwie. Ot - taki dzienniak, na szybko.


Dwie warstwy w różnym świetle prezentują się tak:




Cień Utopia to równie delikatny fiolet. Tutaj jednak, w odróżnieniu od lakieru, mamy do czynienia z miliardem migoczących drobinek. Utopia jest piękna, jej konsystencja w zasadzie nie różni się jakością od pozostałych cieni Illusion D'Ombre. Jest to cień kremowy, ale działający na zasadzie cream to powder. Miękka pianka, która pod naciskiem palca jest dość plastyczna, nakłada się idealnie zarówno palcami jak i pędzlem. Bardzo ładnie łączy się z innymi cieniami.



Utopia fajnie może wyglądać na powiece solo jeśli lubicie delikatne rozświetlające makijaże. Ja przeważnie daję go w wewnętrzny kącik oka, na dolną powiekę lub jako roztarcie ciemniejszych cieni. W szybkim makijażu oka jaki Wam pokażę użyłam tego cienia w każdy z powyższych sposobów. Najpierw jednak swatche.



I makijaż. Nie jest to żaden cud techniki, ot taki zwykłak. Na obszar powieki ruchomej nałożyłam błyszczący cień w kremie z Pupy (KLIK) a roztarłam go Chanel Utopia.



Bardzo podoba mi się ten duet, lakier już kilkakrotnie lądował na moich paznokciach, jestem w nim zadurzona. To dziwne, bo jest dość delikatny. A jednak przypadł mi do gustu. A Wy co sądzicie o tym duecie?

* Pomyślałam, że w tym miejscu przedstawię Wam pokrótce charakterystykę moich paznokci bo w sumie sporo lakierów pokazuję i mało skupiam się na ich trwałości. A wynika to z tego, że moje paznokcie (podobnie jak włosy) rosną bardzo szybko. Nie wyobrażam sobie nosić i testować jednego koloru przez tydzień, bo miałabym takie odrosty, że wyglądałoby to niesamowicie nieestetycznie. Dlatego najdłużej u mnie lakier siedzi 3-4 dni (5 i więcej zdarza się praktycznie tylko wtedy, kiedy jestem zwalona z nóg chorobą i nie mam siły na nic a do tego nigdzie nie wychodzę i nikt mnie nie widzi). I dlatego też niezależnie od lakieru po 3-4 dniach mam lekko przytarte końcówki. Nie narzekam na ten stan rzeczy, w końcu wiem, że wiele osób marzy o szybko odrastających paznokciach. Jednak z wielu powodów taki stan rzeczy też nie jest do końca ok.